Przyjaźń na emigracji?

Kolejny wpis w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Tym razem parę słów o przyjaźni.

Parę słów. To niedużo, ale też i nie za dużo jest do pisania. Kiedy prawie 12 lat temu wyjeżdżałam z kraju, miałam wielkie grono ludzi dookoła mnie. Nie przyjaciele, raczej znajomi. Bliscy znajomi. Wszystkim było smutno, a przynajmniej tak mówili. Wszyscy mnie odwiedzą, wszyscy będą czekać… Każdy, kto chociaż kilka miesięcy spędził poza swoją grupą zna to aż za dobrze. Z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, znajomych ubywało. Nie spodziewałam się cudów, w końcu nie byłam dzieckiem i już kilku znajomych dalszych i bliższych zdążyłam stracić. Ale nie spodziewałam się, że w ciągu roku czy dwóch, z grona kilkuset osób, z jakim miałam do czynienia w ciągu każdego miesiąca, zostanie garstka. A z tej garstki, w ciągu następnych kilku lat, zostaną dwie osoby, do której potem nagle dobije trzecia.

Dwie osoby. Dwie dziewczyny. Dwie istoty, które znam od początku podstawówki. I ta trzecia, którą ze sporą przerwą, znam od początku przedszkola. W sumie trzy. Aż trzy. I tylko mogę mieć nadzieję, że mniej już nie będzie. Widujemy się, gdy przyjeżdżam do Polski. Tylko. Nie dzwonimy, bo różnica czasu nieco to utrudnia. Ale wcześniej też raczej się spotykałyśmy niż dzwoniłyśmy. Za to one mają bazę na wakacje czy wyjazdy, a ja… a ja mam do kogo jechać do Polski, poza rodziną.

Z drugiej strony mam tylko je. Przyjaźń zagranicą w moim wydaniu nie istnieje. Znajomi, owszem, bywają. Ale nie ma przyjaźni. Wyjedziesz, poznasz studentów mówili… Taaaaak… Będziesz mieć dziecko, nawiążesz przyjaźnie z rodzicami… Taaaaaaaaak… No ale jakoś nie. Może za krótko siedzimy w jednym miejscu, może do złych krajów jeździmy. A może, w co bardziej wierzę, to z nami coś jest nie tak. Skoro żadne z naszej trójki nie ma przyjaciół, to chyba coś jest na rzeczy. Córka w szkole przez cały rok nie zawarła żadnej przyjaźni. Nie ma nikogo, kogo mogłaby lub chciałaby zaprosić w weekend do wspólnej zabawy. Pójść na urodziny do koleżanki czy kolegi, owszem, czemu nie. Ale zawsze z boku, zawsze sama. Znam to aż za dobrze, tak wygląda całe moje życie i bardzo mi jej żal, bo najprawdopodobniej tak będzie wyglądać jej. Życie introwertyka. Pomimo tego próbujemy. Szukamy. A nuż gdzieś tam czeka na nas jakaś rodzina, z którą uda nam się zaprzyjaźnić. Albo chociaż jej wycinek, żeby chociaż jej było łatwiej.  Żeby kiedyś w życiu znalazła choć jedną taką, jak ja mam dwie.

A jeśli nie, to może chociaż ja będę dla niej taką mamą, jak moja dla mnie. Może będzie wiedziała, że zawsze może na mnie liczyć, wbrew światu, który twierdzi, że rodzic nie powinien być przyjacielem. Właśnie, że powinien. Najlepszym. Takim, co rozumie, doradzi i przytuli. Albo chociaż odbierze telefon. I może będzie miała w życiu tyle szczęścia, co ja, i będzie miała przyjaciela za życiowego partnera. I tego jej życzę. A jak się nie uda, to przynajmniej będzie miała rodziców.

A ja? Zobaczymy w następnym miejscu. Może moja emigracyjna przyjaciółka mieszka gdzieś indziej, nie w Nashville. Może nawet nie w USA. Może jeszcze się gdzieś znajdziemy. A jak nie, to zawsze pozostają książki, internet i wspomnienia z młodości, kiedy to idąc ulicą „potykałam się” o znajomych co krok.

Jak przetrwać zimę w Nashville

Pierwsza zima za nami. Miało być ciepło, ale jakoś nie do końca wyszło. Jak to ciągle mawia mój Mąż: „obiecywałem dwucyfrowe temperatury, ale nie mówiłem w jakiej skali”. Jeśli ktoś się spodziewa, że południe Stanów to ciepła kraina, to w zimie może się zawieść tak jak ja.

O ile większość czasu temperatury faktycznie są w granicach dwucyfrowych, to zdarza się kilka dni, gdy ta dwucyfrowość dostaje ujemnego znaku z przodu (w Celsiuszach). Jest to czas, gdy ruch na ulicach zamiera, a przynajmniej zwalnia do 5-10 mil na godzinę, o ile ktoś jest na tyle zdesperowany, żeby ruszyć się z domu. Szkoły ogłaszają wolne, a zdesperowani rodzice dzwonią do pracodawców, tłumacząc się brakiem możliwości dojechania do pracy. Jak to się dzieje, że całe wielkie miasto z przyległościami, a zapewne cały stan, nagle zamiera? Odpowiedź jest banalnie prosta – nikt nie umie jeździć samochodem po śniegu i lodzie, zwłaszcza że nikt nie ma nie tylko zimowych, ale nawet całorocznych opon. Do tego temperatury często oscylują w okolicach zera, tworząc na drogach „czarny lód”, który jest bardzo niebezpieczny.

Jak więc przetrwać ten czas? Tubylcy masowo wykupują ze sklepów wszystko do jedzenia na pierwszą wzmiankę o spodziewanym śniegu. Zdjęcia w gazetach pokazują puste półki, jak za czasów PRL, i kilku pracowników, którzy najczęściej mają płacone za przepracowane godziny i nie stać ich na przerwę w dostawie gotówki i wyruszają w środku nocy, żeby zdążyć dojść na czas. Są też tacy, którzy czują się w obowiązku dotrzeć do pracy, jak lekarze czy pielęgniarki szpitali. Ewentualnie pracoholicy, którzy nie mają lepszego pomysłu na spędzenie czasu, albo desperaci, którzy nie bali się wsiąść do samochodu i przejechać pustymi autostradami.

Gdy już ma się zapełnioną lodówkę, spiżarkę, a czasem i balkon lub taras, czas na dalsze przygotowania. Wyciągane raz na rok zimowe ubrania, kurtki, zdobywane w ostatniej chwili śniegowce dla dzieciaków oraz poddupniki, zwane jabłuszkami czy innymi ślizgaczami, żeby choć na chwilę pozbyć się potomstwa z domu, to zestaw podstawowy. Znikają z półek kolorowanki, materiały do produkcji arcydzieł dziecięcych, książki czy nowe „jednorazowe” zabawki. W końcu zima nie trwa wiecznie, a tylko kilka dni. W tym roku było to 7 dni roboczych, rozłożone na 2 razy po 5 i 2 dni. Z perspektywy czasu nie wydaje się to dużo, ale pierwsze dwa były dosyć trudne do wytrzymania w warunkach domowych. Jeśli ktoś się spodziewał masy śniegu, na którą można wypuścić dzieciarnię, to się nieco przeliczył. Pierwsze dwa dni wyglądały tak:

Widok z okna Widok z okna

Tak wyglądał armagedon w wykonaniu Nashville. Ale żarty na bok. To tylko pierwsze dwa dni. Dnia trzeciego było już nieco lepiej:

Widok z okna Widok z okna

I tak utrzymało się przez kilka dni. Na szczęście w domach jest klimatyzacja, która zarówno chłodzi, jak i grzeje, a dodatkowo większość domów ma kominki do ogrzewania, więc w środku nie było zimno. (Na zewnątrz zaś temperatury dochodziły do -15 C, czyli prawie jak w Finlandii. Przez parę dni można było uwierzyć, że nie jesteśmy w gorącym klimacie południa, ale znowu na północy Europy. I tylko dziecku trudno było wyjaśnić dlaczego nie może iść do szkoły, przecież to tylko trochę śniegu…). Do tego gorąca kawa i czekolada (herbatę piją tylko przybysze i dziwacy, jak my), gotowane w slowcookerze potrawy, które przez cały czas pyrkają sobie w kąciku kuchni, gotowe do zjadania, filmy w telewizji (oglądanie kanału pogodowego jest narodowym sportem w tym czasie) oraz Internet (media społecznościowe są aż gorące od zdjęć śniegu i marudzenia na pogodę!), telefony do znajomych, żeby spytać czy wychodzili za próg… Oraz sprawdzanie co 5 minut czy wydział edukacji ogłosił już następny dzień śnieżnym, czy też nie (najczęściej dzwonią o 5 nad ranem z informacją, że jednak nie ma szkoły, co wielu rodziców doprowadza do szewskiej pasji). Aż pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, śnieg zaczyna znikać, żeby następnego dnia zastąpiła go wiosna. I zostaje tylko wspomnienie horroru, jaki spotkał okolicę w postaci śniegu i mrozu.

Pozdrowienia z gorącego Nashville od naszego wegetariańskiego gościa (nos z marchewki, oczy z brokułów, usta i uszy z fasolek – nie przygotowałam zawczasu na budowę bałwana)

Gość przed oknem

 

Wpis powstał w ramach projektu „Jak przetrwać zimę?” organizowanego przez Klub Polek na Obczyźnie. Jeśli chcecie poczytać jak poradzić sobie z mrozem z Holandii, znajdziecie go u Ewy na http://www.owsiankaikawa.pl/2016/02/norweski-sposob-na-zime.html a na następny wpis o zimie zapraszam do Doroty http://kroplaarganu.blogspot.com . W międzyczasie jeszcze możecie poczytać co nieco o duchach w Tajlandii u Ani http://czekolada-z-farszem.blogspot.com/2016/03/duchy-w-tajlandii.html, a jutro coś strasznego pojawi się u Julii whereisjuli.com.

Jak Ci tam?

Dobrze. Jest w porządku. Nie narzekam, a przynajmniej staram się, dziękuję. Bywa lepiej, bywa gorzej. No wiesz, styczeń to nie był łatwy miesiąc. Przeprowadzki, wyjazdy, sporo kasy poszło na różne rzeczy, na Święta i tak dalej. Już prawie się urządziliśmy, kilku drobiazgów nam brakuje, ale będzie dobrze. Może w lutym, albo w marcu kupimy łóżka. Stół już mamy, wiesz? I krzesła do niego, obite skórą. Tak, chyba prawdziwą, a jak nie to dobrą imitacją. Nie, no co Ty, pewnie, że używane. Szkoda pieniędzy na nowe, i tak się zniszczą. Kanapę też mamy, wygodna, duża. I kilka innych mebli też się udało zdobyć. Kuchnia już prawie urządzona. Sztućce, talerze, garnki, wszystko jest. Praca? No pracowałam przez chwilę, ale brakło zleceń i mnie zwolnili. Może jeszcze coś będą kiedyś mieć. Nie, stare firmy nadal coś przysyłają, ale dużo tego nie ma. Większość zleceń jest w nocy, wiesz, różnica czasu między nami trochę przeszkadza. Na stałe? Nie wiem, może kiedyś. Nie jest łatwo o pracę teraz, wbrew pozorom. Tak, język znam. Tak, mamy jakichś znajomych, ale oni nie szukają pracowników. Tak, może ich znajomi, albo znajomi znajomych, ale takich jak ja jest wielu. Nie, do szkoły nie idę. Przebranżowić? No mogę, w końcu to nie pierwszy raz. Nie, nie pójdę na studia. Za drogo. Sama się pouczę, może wystarczy. A jak nie? To trudno, znajdę coś innego. Dzisiaj na przykład umówiłam się na rozmowę na jutro. Ubezpieczenia. Nie, jakaś praca w biurze ubezpieczeniowym. Inna opcja to w magazynie. Biblioteka? Znaleźli kogoś innego. Tak, do biura próbuję, ale wezmę co będzie. Co robię w domu? A co można robić w domu? No właśnie. Nie, nie siedzę cały dzień. Pomagam, wolontariat w szkole u Córki. Tak, rozmawiam z ludźmi. Tak, poznaję ich. Nie, nie siedzę sama, poznaję ludzi. Tak, wychodzę. Tak, po zakupy też. Samochodem jeździmy, bo daleko. No nie bardzo daleko, ale nie dojdziesz. Nie ma chodnika. No normalnie nie ma chodnika, to nie dojdziesz. No nie ma, jest ulica, autostrada, więc nie ma chodnika. No może się da osiedlem, ale nikt tak nie robi. Każdy ma samochód i dojeżdża. Z psem? Do parku na trawnik. No taki psi park, trawnik jest, kilka przeszkód i tam się psy bawią. Nie, nie mamy psa. Skąd wiem? Na osiedlu mamy, codziennie go mijam to widzę. Tak, koło basenu i placu zabaw. Tak, dwa, ale zamknięte jeszcze, bo zimno. Latem będzie można popływać. Dzisiaj? Jakieś 20 stopni. Celsjusza. Nie, dla nich jest 65-70 stopni. No dziwna taka, ale taką mają. Nie, mają własny system, w stopach i calach. No stopach, jakieś 30 cm. Można się przyzwyczaić, choć wolę centymetry. Inne? Wagę mają inną, w funtach. No dziwni są, ale tak mają. Córka? Przyzwyczaiła się, tak. Nie, nie tęskni za dawną szkołą. Już zapomniała chyba. Za kuzynem tęskni, jak zawsze. W szkole? Dobrze, chyba dobrze. No skąd mam wiedzieć, przecież sama tam jest, nie chodzę z nią. Nie, nie wypytuję nauczycielki, ma inne rzeczy na głowie niż opowiadać mi codziennie co robi moja córka w szkole. Na świetlicę, tam się bawi z dzieciakami. Jakichś ma, ale nie przychodzą do nas do domu. Wracają późno do domów rozsianych po całym mieście, nie bardzo mają czas żeby po szkole jechać do kolegów. Ma zajęcia. Chodzi na yogę i do zespołu. Tak, będzie koncert, tak jak ostatnio. W maju chyba. No nie wiem dokładnie, bo jeszcze nie ustalili. Tak, nakręcę i wrzucę. Tak, tęsknimy. Mąż? W pracy, a gdzie ma być? Pracuje, inaczej by nas tu nie było. Zarabia. Wystarczająco. Tak, dajemy sobie radę. Tak, bywa ciężej, ale nie jest źle. Tak, podoba mu się. Nie wiem czy zostaniemy, to zależy od wielu czynników. Nie wiem, zobaczymy. Na razie raczej nie będziemy się starać o obywatelstwo. Nie potrzebujemy, mamy polskie. Nie wiem kiedy przyjedziemy. Zobaczymy jak z pracą. Tak, tą której jeszcze nie mam. Wakacje? Córka będzie miała, my niekoniecznie. Co zrobię? Nie wiem jeszcze. Może na obóz wyślemy, albo do Polski do babć. Ktoś z nią poleci i wróci.W maju, do sierpnia. Tak, jest inaczej, w sierpniu zaczynają. Gorąco, upalne lato na południu Stanów. Ochłodzić? Klimatyzacja jest, mamy lód w lodówce, baseny na osiedlu.Przetrwaliśmy jedno, przetrwamy następne, nie będzie źle. Dobrze będzie. Hałas? To suszarka, pranie robię. Tak, wypożyczyliśmy. Można. Nie jest drogo, taniej niż kupno. Tak, zmywarkę też mamy. Odkurzacz. Internet, w końcu jakoś się komunikujemy. Tak, dajemy sobie radę, nie martw się. Będzie dobrze, jest dobrze. Tak, tak.

A co u Ciebie?

Kolejne zmiany

Korzystajc z tego, że siedzę z chorym dzieckiem w domu, mam okazję coś napisać. Nie to, żebym na co dzień nie siedziała w domu, ale jak siedzę sama to chociaż mogę popracować albo zrobić coś konkretnego, nie przerywanego tysiącem żądań od zakichanej małoletniej. A zgodnie z umową z najnowszym pracodawcą, pracowanie w systemie kilka minut pracy, kilkadziesiąt minut przerwy oznacza niewielką produktywność, więc zmuszona jestem niepracować dla tej konkretnej firmy. A inni nie spieszą się ze zleceniami ostatnio…

Tak czy inaczej, wracając do tematu. Jak widać nic nie jest bardziej stałego w moim życiu, jak zmiany. Kolejna przeprowadzka, kolejne wyjazdy, kolejna niepewność  co dalej. Co prawda umowa na mieszkanie podpisana na rok, ale wiza kończy się za niecałe pół roku, więc są szanse, że znowu będzie inaczej. I że znowu trzeba będzie myśleć co dalej. Na razie Nashville nas trzyma, na razie Mąż ma pracę na miejscu, a ja jak zwykle wszędzie. Ale jeśli wszystko poszło dobrze wczoraj, to może od przyszłego miesiąca uda mi się mieć pracę na miejscu też. Pół etatu w szkolnej bibliotece to też coś. Do tego być może trafi się jakieś zatrudnienie tymczasowe z agencji. A może wymyślę coś sama i otworzę swoją firmę. Albo wreszcie nauczę się programowania i zatrudnię w jakimś IT. Takie luźne plany. Na początek jednak musimy ogarnąć nowe mieszkanie, w którym obecnie mamy rzeczy bardzo podstawowe, kanapa i stolik, dwa materace na podłodze, trochę wyposażenia kuchni (talerze, sztućce, jakieś garnki), fotel bujany i lampę. I kilka pudeł z książkami i dokumentami. Tyle. Do tego samotny odkurzacz stojący na środku pokoju, żeby Mąż nie próbował znowu przechodzić pod nisko wiszącą lampą. Co jest człowiekowi potrzebne więcej? Może stół obiadowy? Jakieś biurko, żeby móc postawić laptopa na nim? Regał na książki? Komoda lub półki na dokmenty? Minimalizm w pełnym wydaniu. Byle wytrzymać do jakiejś wypłaty, to może będziemy w stanie kupić coś z listy. Przeprowadzki kosztują masę pieniędzy, nawet te zaplanowane. A zarabianie nie jest takie łatwe, nawet (a zwłaszcza) w Ameryce.

Do czego nie mogę się przyzwyczaić w Nashville

Biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich dni, cieszę się, że zdecydowaliśmy się nie przeprowadzać się do żadnej stolicy ani miejscowości strategicznej. Bo któż chciałby atakować Nashville? Chyba tylko ktoś, kto naprawdę nie lubi country i smażonego kurczaka. Może osobiście nie jestem wielką fanką country, może nie znam zbyt wielu artystów (zwłaszcza młodszych niż Dolly Parton i Willie Nelson, których mój Tato bardzo lubił), ale myślę, że z czasem polubię ją bardziej, bo to jednak bardzo duża część tutejszego życia, od celebrytów począwszy, przez ubrania, a na jedzeniu kończąc. Jednak jest kilka rzeczy, do których się jeszcze nie przyzwyczaiłam i nie wiem czy uda mi się to zrobić, mimo że mieszkam tu zaledwie kilka miesięcy. Rzeczy te dotyczą głównie Nashville i Tennessee, nie całych Stanów Zjednoczonych, co jest bardzo ważnym stwierdzeniem, gdyż tak jak Włoch różni się od stereotypowego Niemca czy Fina, tak człowiek z południa różni się od tych w północy, wschodu i zachodu.

Zacznijmy więc od najprostszego. System miar, wag, temperatur i tak dalej. Nie wiem ile czasu zajmie mi zrozumienie dlaczego Farenheit nie lubił ludzi i wymyślił takie dziwadło. Przeliczanie z C na F jest dla mnie czymś nieosiągalnym. Odejmij 30, podziel przez ileś tam, zaokrąglij i masz mniej więcej rozeznanie jak ciepło jest na dworze. Otóż nie. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Z takich obliczeń wychodzi mi jedynie, że jest albo super gorąco albo ekstremalnie zimno. Próbuję nauczyć się tego na pamięć, 100 F to temperatura człowieka, a 32 to zero, ale wszystko pośrodku to nie wiadomo co. O ile zapamiętałam już, że mając w domu klimatyzację, ustawiam ją pomiędzy 72 a 75 (po latach marznięcia, należy mi się odrobina ciepła), o tyle powiedzenie mi, że na dworze jest 55 stopni jest dla mnie tym samym, co próba tłumaczenia mi „dlaczego sztuka współczesna nas zachwyca”. Co wiąże się także z innymi miarami, gdyż przeliczanie z kg na lb, kubki, metry na cale, stopy itd., to istna mordęga. Doszłam do tego, że zapamiętałam swój wzrost, wagę, dane córki, żeby tylko nie musieć za każdym razem przeliczać ile tego jest i dlaczego. A i tak nadal ciężko mi zapamiętać ile cali wchodzi na stopę i jak dużego mieszkania szukam w stopach kwadratowych.

Udało mi się natomiast zrozumieć dlaczego w przepisach ilość masła podawana jest w łyżkach stołowych i wbrew pozorom ma to sens, ale tylko w USA. Otóż tutejsze masło do pieczenia jest nie tylko pakowane standardowo w papier i pudełko, ale ono jest przekrojone na 4 kawałki (sticks), każdy zawinięty w osobny papier z podziałką na 8 części, oznaczających właśnie te łyżki. Teraz już wiem, że jedna łyżka stołowa masła to w tutejszych warunkach jedna kosteczka, ale w Europie musiałabym już odpowiednio kroić całą kostkę, żeby wykroić odpowiednią ilość. Amerykanie chyba kochają matematykę, a do tego mi będzie się ciężko dostosować.

Inną rzeczą, która jest szalenie miła, ale dla kogoś, kto spędził ostatnie 10 lat na północy Europy nieco deprymujące, jest przyjazność i przyjacielskość ludzi. To niesamowite jak bardzo ci ludzie starają się pomóc, pocieszyć, choćby rzucić dobre słowo na dzień dobry, albo zwyczajnie się uśmiechnąć. Moją pierwszą reakcją na tego typu zachowanie była myśl „świr?!”, potem „brudna jestem??”, następnie „to mój sąsiad/roznosiciel gazet/nauczyciel ze szkoły/rodzic z klasy córki/ktoś z „kościoła”, a ja nie poznałam???”. Teraz już wiem, to po prostu człowiek, który akurat szedł tą samą ulicą w tym samym czasie co ja. Niesamowite, jak bardzo poprawia człowiekowi nastrój poranny uśmiech i pomachanie ręką przez bezdomnego, który próbuje sprzedać gazetę na rogu. Jak dziwnie człowiek się czuje, gdy obcy pyta „jak mi leci”, „czy wszystko w porządku”, „czy może jakoś pomóc”. I to się udziela. I to jest wspaniałe. Ale w dalszym ciągu mnie zaskakuje i chyba jeszcze długo nie przyzwyczaję się do tej ich radości, choćby była tylko na pozór.

Następny temat rzeka to rozmiar. To zapewne jest wspólne dla wielu stanów, ale tak czy inaczej jest dla mnie dziwne. Rozmiar jedzenia, rozmiar ubrań, rozmiar pomieszczeń, rozmiar samochodów, rozmiar wszystkiego. Obecnie wynajmujemy dom od profesora z Męża pracy. Dom jest wielki. Co prawda rodzina, która tu normalnie mieszka, liczy 5 osób, ale gdy kupowali była ich 4. A i to nie tłumaczy po co im 3 piętra! 3,5 łazienki (3 pełne i jeden kibelek z ubikacją) dla 5 osób. Kuchnia, jadalnia i salon wielkości dużego mieszkania w Polsce. W kuchni jest wyspa, której środka nie jestem w stanie sięgnąć ręką z żadnej strony, jeśli coś mi się potoczy to już tam leży dopóki nie wejdę na krzesło, żeby to jakoś sięgnąć… Jedzenie w restauracji to też walka z rozmiarem. Nic dziwnego, że Tennessee jest 4 pod względem otyłości mieszkańców w kraju, skoro porcja kurczaka na jedną osobę w restauracji to pół ptaka, a do tego jeszcze 2 lub 3 dodatki. A przystawka? Deser? Kubek smoothie w rozmiarze dziecięcym to 12 oz, czyli (tu sprawdzam w Internecie) prawie 355 ml. Półtorej szklanki! Dorosły w tym czasie dostaje co najmniej 20 oz, czyli prawie 600 ml! I to jest mały napój! Mój żołądek tyle nie mieści. Pizza średnicy koła młyńskiego to też standard. Zamawiam więc pół porcji, albo dziecięcą, albo zamawiamy dwie porcje na 3 osoby. Można by zlikwidować głód na świecie, wyłącznie obcinając porcje jedzone tutaj. A skoro już rozmiar, to ubrania. Jeśli ktoś zje tyle jedzenia, to potem musi się w coś zmieścić. Tu akurat radość moja jest niesamowita, gdyż zeszłam ze swojego rozmiaru europejskiego o co najmniej dwa! Co prawda tylko w nazwie, ale zawsze to dużo lepiej brzmi, gdy ktoś pyta o rozmiar koszulki😉

A skoro już o jedzeniu mowa… Herbata! No nie dam rady się przyzwyczaić do zimnej, słodkiej herbaty. Herbaty powinno być dużo, tu się zgadzam z tubylcami. Ale nie z lodem i nie z cukrem! Nawet nie ze słodzikiem, stevią, xylitolem czy co oni jeszcze do tego dorzucają. Nie, po prostu nie. O ile mogę zrozumieć potrzebę picia zimnej herbaty latem, o tyle jesienią to już przesada, a strach pomyśleć o zimie. Ale ten cukier! Cukier we wszystkim! Jak nie cukier to słodzik, jak nie słodzik, to naturalny produkt słodzący, melasa, miód, słód, jakieś brązowe paciaje, cuuuukieeeer! Dlatego pamiętaj turysto, jeśli nie chcesz pić lodowatej herbaty ze skandaliczną ilością cukru, poproś o wodę. Wodę bez lodu. Wyjdziesz na dziwaka, ale za to nie wykręci Cię od słodkości i nie zamrozi od środka. A jak chcesz dostać normalnej, gorącej, mocnej, czarnej herbaty w Nashvillu, to przyjdź do nas😉

Temat piąty, który ciężko mi ująć jednym hasłem. Chodzi mi o to, ile się tu dzieje. Po 2 latach w Finlandii, gdzie nasze plany weekendowe ograniczały się do sprawdzenia czy w ogóle coś się dzieje w mieście, tutaj moje plany na weekend z reguły stanowią wyzwanie w drugą stronę. No bo jeśli w tym samym czasie są targi żywności regionalnej, na których można spróbować produktów z okolicznych farm, znajomi zaprosili nas na grilla czy basen, obiecałam córce wypad do sali zabaw, a jeszcze muszę zrobić zakupy, bo w lodówce prawie pusto (poza kilkulitrowym słojem majonezu, 3,5 litrową butlą mleka i dynią, z którą nie wiem co zrobić). Nie wspominam tu oczywiście o sprawach naturalnych jak pięć koncertów supergwiazd, 30 koncertów mniej znanych gwiazd, 120 koncertów debiutantów oraz koncercie znajomego, na który zaprosił nas kilka miesięcy wcześniej. Kino? Teatr? Przyjęcie? Noc strachów w muzeum?  A może po prostu wpadniecie do nas? Albo uda mi się wreszcie pojechać i kupić córce koszulki z długim rękawem albo sweter, bo temperatura jednak nieco spadła w ostatnich dniach, do szalonych 60 F (co po konsultacji z Internetem należy rozumieć jako 15 C).

Jako ostatnie wymienię rzecz bardzo nie poprawną politycznie. A mianowicie nie przyzwyczaję się chyba do roszczeniowości części społeczeństwa. Nie chcę pisać, że chodzi mi o wszystkich Amerykanów afrykańskiego pochodzenia, ale spora większość z tych, z którymi się spotkałam w urzędach po prostu żąda. I swoje żądania opiera wyłącznie na wizji, że skoro jego praprzodek został zmuszony, żeby tu przyjechać, to jemu się należy. Nie przyzwyczaję się, nie ma szans. Jest to dla mnie nie do pojęcia jak bardzo można się czegoś domagać i jak bardzo biali ludzie ustępują w tej kwestii. Żadna inna nacja, żadni inni emigranci, nie domagają się tak, jak to robią Murzyni jako grupa. Znam kilkoro ciemnoskórych, którzy są bardzo mili, bardzo przyjaźni, ale jako grupa lub gdy wydaje im się, że czegoś nie dostali, to w temat wtrącany jest kolor skóry, rasizm i nietolerancyjność. Czasami mam wrażenie, że to biali są tutaj traktowani rasistowsko przez Murzynów. To jest wielki problem tutaj, który zdaje się być zamiatany pod dywan, żeby tylko wydawało się, że jest dobrze.

Na pewno jest jeszcze wiele rzeczy, do których wydaje mi się, że się nie przyzwyczaję. Na pewno jeszcze nie raz pomyślę „u nas było inaczej”. Na pewno jeszcze tysiąc razy stwierdzę, że w urzędach pracują same matołki, a imigranci mają tu przechlapane. Ale na pewno nie powiem, że to kraj bez możliwości, kraj smutnych ludzi, kraj w którym tylko ciągle są strzelaniny i ludzie giną. Bo ludzie tutaj są przyjaźni. I te dzieciaki, które rzucają się w ramiona nauczycieli, bo mogą, bo im ufają, bo nauczyciel czy ktokolwiek w szkole jest dla nich dobry. I te maluchy, które podchodzą w parku i zagadują. I te starsze dzieciaki, które pytają skąd jestem, bo mam fajny akcent. I dorośli, którzy przyjęli nas z otwartymi ramionami, obwozili po sklepach, gdy nie mieliśmy jeszcze samochodu, pokazywali nam co i gdzie zjeść, za ile kupić, co warto a czego nie. Ludzie południa to skarb, cokolwiek powiedzą ludzie z innych rejonów😉

 

 

Ten tekst powstał w ramach jesiennego projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Dedykujemy go akcji „AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM” – Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Na chwilę obecną brakuje 35 tys. Jeśli podoba Ci się nasz projekt, bardzo prosimy o wsparcie akcji dowolną kwotą. Więcej informacji: https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

Dwa miesiące za oceanem

To już ponad dwa miesiące odkąd sprowadziliśmy się do Nashville a ja nadal nie mam czasu opisać co się dzieje i jak tu jest. Tyle rzeczy chciałabym zapisać dla samej siebie, żeby potem pamiętać, żeby sobie móc przypomnieć jak było. A wszystko umyka razem z czasem.

Powoli przystosowujemy się do rytmu życia. Pobudka, szkoła, praca, wolontariat, kluby po szkole, świetlica, dom, podlać ogród, kąpiel, sen. W weekendy wypady w różne miejsca, na festyn, do Zoo, zrobić zakupy na tydzień, pójść na spotkanie „kościoła”, pojechać do znajomych na grilla czy na basen, pójść do parku z dzieciakami z klasy. Tyle opcji, coś trzeba wybierać, coś odrzucać, coś przelatuje koło nosa, bo za późno sprawdziłam. Leniwe weekendy z Finlandii wydają się nudnym wspomnieniem, tu nie ma czasu na nudę, tu trzeba iść, zobaczyć, spotkać, kupić, zrobić. Jeszcze nie mieliśmy czasu zapisać się do biblioteki, która jest po drugiej stronie parku przy którym mieszkamy. Nie było czasu pojechać do ogrodu botanicznego, w którym dzień jest jednym z najciekawszych sposobów spędzania weekendu . Nie byliśmy w najbardziej turystycznych miejscach, nie mamy kiedy. Czas mknie, a ja zaczynam się bać, że nie zobaczymy wszystkiego co warto. A kiedy na kemping? Kiedy pojedziemy w góry? A kiedy do parku wodnego? Lato się kończy, a tyle jeszcze do zobaczenia, zanim jesienny wiatr zdmuchnie wszystkie liście z drzewa i będę musiała cały dzień grabić ogród. Różnica między powolną Finlandią a wiecznie spieszącą się Ameryką jest kolosalna. 

Łączy je biurokracja. Ale ona chyba łączy wszystkie państwa na świecie. Załatwienie czegoś szybko jest niewykonalne. Może to kwestia ilości ludzi, którzy chcą załatwić to samo w tym samym czasie. A może fakt, że jesteśmy na południu i urzędnicy czasem stosują przysłowiowe latynoskie „jutro”. Nie wiem. Faktem jest, że załatwienie tymczasowego papierka o posiadaniu tymczasowego prawa jazdy zajęło mi dużo czasu, trzy tygodnie czekania aż wpiszą mnie do systemu, a teraz jeszcze 1,5 miesiąca czekania na egzamin praktyczny. Pozwolenie na pracę być może będzie w ciągu najbliższych 3 miesięcy, o ile czegoś się nie dopatrzą. A potem jeszcze szukanie pracy i wdrożenie się w nią. Oby się nie okazało, że pójdę do pracy na miesiąc i nasz czas tutaj się skończy.

W grudniu następna przeprowadzka. Wydaje się to tak odległe, ale wiem, że to kwestia mrugnięcia okiem. Dwa miesiące przeleciały błyskawicznie, następne 4 to tylko odrobina więcej. W międzyczasie goście, ferie szkolne, zajęcia z różnych dziedzin. Zupełnie zapomniałam, że zapisałam się na kolejne studia. Dużo rzeczy mi umyka, dużo rzeczy mnie omija, nie wszystko ogarniam. Ale staram się. Staram się polubić to miejsce, staram się zrozumieć jak tu wszystko działa, staram się nie porównywać za mocno, ale też nie przyzwyczajać się za szybko. Jest inaczej. Wielu rzeczy mi brakuje, wiele rzeczy mnie zadziwia, wiele rzeczy mam w nadmiarze. Inaczej niż w Europie. Nawet nie niż w Polsce, Szwecji czy Finlandii, ale niż w całej Europie.

I ciągle jeszcze mam problemy z czasem i miarami. Ponoć kiedyś się człowiek przystosowuje, ale czy będę tu tak długo, żeby być w stanie bez zająknięcia i liczenia odpowiedzieć córce na pytania za ile stóp będzie zakręt i ile galonów mleka ma wlać do ciasta, oraz dlaczego 60 F to mniej niż 40 C.

Propagując dwujęzyczność u dzieci

Po raz pierwszy pokusiłam się o napisanie tutaj czegoś na czyjąś prośbę. Owszem, pisałam już dla Klubu Polki, ale teraz chodzi o coś nieco innego. O pewnego rodzaju reklamę, a właściwie recenzję. Na początku zaznaczę jednak, że nie jest to “zlecenie płatne”, bo w sumie poza samym produtem nie dostałam nic, a i produkt to po prostu robocza wersja książki w pdf. A jednak zgodziłam się, bo temat jest mi bliski i myślę, że znajdzie się więcej osób, którym książeczka może w jakiś sposób pomóc.

Ale wracając do sedna. Chodzi o książkę autorstwa Laury Caputo-Wickman z rysunkami Pameli Goodman „A fish in a foreign waters. A book for bilingual children”. Jako, że sami staramy się wychować naszą córkę dwujęzycznie, co nam średnio wychodzi, to książeczka jest jakby stworzona dla nas. Opowiada ona historię małej rybki, która z powodu zmiany pracy taty, przeprowadza się do innej zatoki. Książka jest w całości po angielsku, co akurat dla mnie stanowi plus, gdyż córka preferuje ten język, jednak fajnie by było zobaczyć ją także w innych językach w przyszłości. Rymowany tekst i delikatne kolorystycznie obrazki są tym, co moja córka bardzo lubi. Dodatkowo fakt, że całość dzieje się w morzu jest idealne dla mojej miłośniczki zwierząt. Na pewno o wiele przyjemniej czyta się ją w formie książkowej niż na ekranie w formie roboczej, ale niestety tylko taką formę dostałam. Postaram się zdobyć książkę w jakiejś księgarni czy bibliotece i wtedy poczytamy razem wieczorem na dobranoc. Na razie nie wiem nawet czy książka ma twardą czy miękką okładkę, ani jak duży jest format. Wiem za to co nieco o jej treści.

W samej tematyce ujęło mnie podejście do bilingualizmu. Nie jest mi obce stwierdzenie córki, że nie chce mówić po polsku, bo nikt inny nie mówi, albo bo dzieciaki pomyślą, że jest inna. Po lekturze tej książeczki możemy wrócić do naszych odwiecznych dyskusji o podwojeniu się liczby przyjaciół, o większym słownictwie i o tym, że bycie innym wcale nie jest gorsze, a wręcz przeciwnie. Bycie dwujęzycznym otwiera świat, który jest dostępny tylko tym, którzy znają język i rozumieją kulturę. Co z tego, że wszystko teraz jest tłumaczone na angielski, skoro wiele elementów akcji ucieka przez niezrozumienie lub brak wiedzy o kulturze i zwyczajach. Poznanie języka to tylko jedno z zagadnień, ale spróbowanie jedzenia, posłuchanie muzyki, dowiedzenie się czegoś o danym kraju i kulturze, to już zupełnie inna para kaloszy. Ale od czegoś trzeba zacząć, więc dlaczego nie od przeczytania dziecku książeczki i dyskusji o małej rybce, którą los rzucił na nieznane wody?

Nie chcę tutaj mówić o czym dokładnie jest książka, bo nie o to mi chodziło, gdy zgadzałam się na recenzję i pomoc w rozpropagowaniu wieści o książce. Dla mnie ważniejsze jest to, że takie książki są potrzebne. W czasach, gdy emigracja w Polsce (z Polski) jest ważnym zagadnieniem, jakoś umyka nam, suchającym wiadomości fakt, że to nie tylko dorośli wyjeżdżają, ale także dzieci, które muszą się jakoś odnaleźć w nowej rzeczywistości. I o ile wydaje mi się, że dla mojej córki jest to łatwiejsze zadanie, bo całe życie się przeprowadzamy z miejsca na miejsce, o tyle istnieje bardzo duże grono dzieci, które po raz pierwszy wyjeżdżają daleko od swoich przyjaciół, bliskich, kolegów ze szkoły czy przedszkola i nie bardzo rozumieją dlaczego i z czego mają się cieszyć. Dla nich pójście do szkoły bez znajomości biegłej drugiego języka jest strasznym przeżyciem. I o tym trzeba mówić głośno, bo nie każdy rodzic zdaje sobie z tego sprawę albo nie zna ogromu stresu jaki to za sobą niesie dla dziecka. Wielu ludzi uważa, że dziecko się szybciej dostosuje, złapie język i będzie śmigać, znajdzie przyjaciół od razu, bo to przecież dziecko, i tak dalej. Znam te wszystkie komentarze z własnego doświadczenia, ale także moje własne doświadczenie mówi mi jak ciężko jest takiemu dziecku w nowym środowisku, którego nie tylko nie zna, ale też nie rozumie. Rodzicu, zanim wyjedziesz, porozmawiaj ze swoim dzieckiem o jego czy jej lękach związanych z wyjazdem do obcego kraju z obcym językiem. Przygotuj dziecko na to, że w nowej szkole będzie się uczyć w innym języku, a jego rodzimy będzie dla innych czymś niezrozumiałym. Spróbuj zrozumieć, że on czy ona też mają swoich przyjaciół na miejscu, mają swoje życie i że decydując się na wyjazd wyrywasz go z obecnego środowiska. Przygotuj dziecko, rozmawiaj, czytaj, wysłuchaj co ma do powiedzenia na ten temat i postaraj się zrozumieć, że Twoja chęć ułatwienia mu startu czy życie na lepszym poziomie, to dla niego ogromny stres i strach. Ale jednocześnie ogromna przygoda i lekcja życia, której nie każdy ma dane zakosztować. To od Ciebie, Rodzicu, w dużej mierze zależy jak dziecko będzie nastawione do emigracji i do nowej sytuacji. Przygotuj się dobrze, bo to nie będzie łatwa rozmowa. Ale warto ją odbyć.

Życie na walizkach

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.