Jak przetrwać zimę w Nashville

Pierwsza zima za nami. Miało być ciepło, ale jakoś nie do końca wyszło. Jak to ciągle mawia mój Mąż: „obiecywałem dwucyfrowe temperatury, ale nie mówiłem w jakiej skali”. Jeśli ktoś się spodziewa, że południe Stanów to ciepła kraina, to w zimie może się zawieść tak jak ja.

O ile większość czasu temperatury faktycznie są w granicach dwucyfrowych, to zdarza się kilka dni, gdy ta dwucyfrowość dostaje ujemnego znaku z przodu (w Celsiuszach). Jest to czas, gdy ruch na ulicach zamiera, a przynajmniej zwalnia do 5-10 mil na godzinę, o ile ktoś jest na tyle zdesperowany, żeby ruszyć się z domu. Szkoły ogłaszają wolne, a zdesperowani rodzice dzwonią do pracodawców, tłumacząc się brakiem możliwości dojechania do pracy. Jak to się dzieje, że całe wielkie miasto z przyległościami, a zapewne cały stan, nagle zamiera? Odpowiedź jest banalnie prosta – nikt nie umie jeździć samochodem po śniegu i lodzie, zwłaszcza że nikt nie ma nie tylko zimowych, ale nawet całorocznych opon. Do tego temperatury często oscylują w okolicach zera, tworząc na drogach „czarny lód”, który jest bardzo niebezpieczny.

Jak więc przetrwać ten czas? Tubylcy masowo wykupują ze sklepów wszystko do jedzenia na pierwszą wzmiankę o spodziewanym śniegu. Zdjęcia w gazetach pokazują puste półki, jak za czasów PRL, i kilku pracowników, którzy najczęściej mają płacone za przepracowane godziny i nie stać ich na przerwę w dostawie gotówki i wyruszają w środku nocy, żeby zdążyć dojść na czas. Są też tacy, którzy czują się w obowiązku dotrzeć do pracy, jak lekarze czy pielęgniarki szpitali. Ewentualnie pracoholicy, którzy nie mają lepszego pomysłu na spędzenie czasu, albo desperaci, którzy nie bali się wsiąść do samochodu i przejechać pustymi autostradami.

Gdy już ma się zapełnioną lodówkę, spiżarkę, a czasem i balkon lub taras, czas na dalsze przygotowania. Wyciągane raz na rok zimowe ubrania, kurtki, zdobywane w ostatniej chwili śniegowce dla dzieciaków oraz poddupniki, zwane jabłuszkami czy innymi ślizgaczami, żeby choć na chwilę pozbyć się potomstwa z domu, to zestaw podstawowy. Znikają z półek kolorowanki, materiały do produkcji arcydzieł dziecięcych, książki czy nowe „jednorazowe” zabawki. W końcu zima nie trwa wiecznie, a tylko kilka dni. W tym roku było to 7 dni roboczych, rozłożone na 2 razy po 5 i 2 dni. Z perspektywy czasu nie wydaje się to dużo, ale pierwsze dwa były dosyć trudne do wytrzymania w warunkach domowych. Jeśli ktoś się spodziewał masy śniegu, na którą można wypuścić dzieciarnię, to się nieco przeliczył. Pierwsze dwa dni wyglądały tak:

Widok z okna Widok z okna

Tak wyglądał armagedon w wykonaniu Nashville. Ale żarty na bok. To tylko pierwsze dwa dni. Dnia trzeciego było już nieco lepiej:

Widok z okna Widok z okna

I tak utrzymało się przez kilka dni. Na szczęście w domach jest klimatyzacja, która zarówno chłodzi, jak i grzeje, a dodatkowo większość domów ma kominki do ogrzewania, więc w środku nie było zimno. (Na zewnątrz zaś temperatury dochodziły do -15 C, czyli prawie jak w Finlandii. Przez parę dni można było uwierzyć, że nie jesteśmy w gorącym klimacie południa, ale znowu na północy Europy. I tylko dziecku trudno było wyjaśnić dlaczego nie może iść do szkoły, przecież to tylko trochę śniegu…). Do tego gorąca kawa i czekolada (herbatę piją tylko przybysze i dziwacy, jak my), gotowane w slowcookerze potrawy, które przez cały czas pyrkają sobie w kąciku kuchni, gotowe do zjadania, filmy w telewizji (oglądanie kanału pogodowego jest narodowym sportem w tym czasie) oraz Internet (media społecznościowe są aż gorące od zdjęć śniegu i marudzenia na pogodę!), telefony do znajomych, żeby spytać czy wychodzili za próg… Oraz sprawdzanie co 5 minut czy wydział edukacji ogłosił już następny dzień śnieżnym, czy też nie (najczęściej dzwonią o 5 nad ranem z informacją, że jednak nie ma szkoły, co wielu rodziców doprowadza do szewskiej pasji). Aż pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, śnieg zaczyna znikać, żeby następnego dnia zastąpiła go wiosna. I zostaje tylko wspomnienie horroru, jaki spotkał okolicę w postaci śniegu i mrozu.

Pozdrowienia z gorącego Nashville od naszego wegetariańskiego gościa (nos z marchewki, oczy z brokułów, usta i uszy z fasolek – nie przygotowałam zawczasu na budowę bałwana)

Gość przed oknem

 

Wpis powstał w ramach projektu „Jak przetrwać zimę?” organizowanego przez Klub Polek na Obczyźnie. Jeśli chcecie poczytać jak poradzić sobie z mrozem z Holandii, znajdziecie go u Ewy na http://www.owsiankaikawa.pl/2016/02/norweski-sposob-na-zime.html a na następny wpis o zimie zapraszam do Doroty http://kroplaarganu.blogspot.com . W międzyczasie jeszcze możecie poczytać co nieco o duchach w Tajlandii u Ani http://czekolada-z-farszem.blogspot.com/2016/03/duchy-w-tajlandii.html, a jutro coś strasznego pojawi się u Julii whereisjuli.com.

Reklamy

2 thoughts on “Jak przetrwać zimę w Nashville”

  1. To mi przypomina polskie coroczne „zima zaskoczyła kierowców”. Tylko w o wiele mocniejszym wydaniu.
    Aż mi serduszko trochę zatęskniło do śniegu 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s