Przyjaźń na emigracji?

Kolejny wpis w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Tym razem parę słów o przyjaźni.

Parę słów. To niedużo, ale też i nie za dużo jest do pisania. Kiedy prawie 12 lat temu wyjeżdżałam z kraju, miałam wielkie grono ludzi dookoła mnie. Nie przyjaciele, raczej znajomi. Bliscy znajomi. Wszystkim było smutno, a przynajmniej tak mówili. Wszyscy mnie odwiedzą, wszyscy będą czekać… Każdy, kto chociaż kilka miesięcy spędził poza swoją grupą zna to aż za dobrze. Z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, znajomych ubywało. Nie spodziewałam się cudów, w końcu nie byłam dzieckiem i już kilku znajomych dalszych i bliższych zdążyłam stracić. Ale nie spodziewałam się, że w ciągu roku czy dwóch, z grona kilkuset osób, z jakim miałam do czynienia w ciągu każdego miesiąca, zostanie garstka. A z tej garstki, w ciągu następnych kilku lat, zostaną dwie osoby, do której potem nagle dobije trzecia.

Dwie osoby. Dwie dziewczyny. Dwie istoty, które znam od początku podstawówki. I ta trzecia, którą ze sporą przerwą, znam od początku przedszkola. W sumie trzy. Aż trzy. I tylko mogę mieć nadzieję, że mniej już nie będzie. Widujemy się, gdy przyjeżdżam do Polski. Tylko. Nie dzwonimy, bo różnica czasu nieco to utrudnia. Ale wcześniej też raczej się spotykałyśmy niż dzwoniłyśmy. Za to one mają bazę na wakacje czy wyjazdy, a ja… a ja mam do kogo jechać do Polski, poza rodziną.

Z drugiej strony mam tylko je. Przyjaźń zagranicą w moim wydaniu nie istnieje. Znajomi, owszem, bywają. Ale nie ma przyjaźni. Wyjedziesz, poznasz studentów mówili… Taaaaak… Będziesz mieć dziecko, nawiążesz przyjaźnie z rodzicami… Taaaaaaaaak… No ale jakoś nie. Może za krótko siedzimy w jednym miejscu, może do złych krajów jeździmy. A może, w co bardziej wierzę, to z nami coś jest nie tak. Skoro żadne z naszej trójki nie ma przyjaciół, to chyba coś jest na rzeczy. Córka w szkole przez cały rok nie zawarła żadnej przyjaźni. Nie ma nikogo, kogo mogłaby lub chciałaby zaprosić w weekend do wspólnej zabawy. Pójść na urodziny do koleżanki czy kolegi, owszem, czemu nie. Ale zawsze z boku, zawsze sama. Znam to aż za dobrze, tak wygląda całe moje życie i bardzo mi jej żal, bo najprawdopodobniej tak będzie wyglądać jej. Życie introwertyka. Pomimo tego próbujemy. Szukamy. A nuż gdzieś tam czeka na nas jakaś rodzina, z którą uda nam się zaprzyjaźnić. Albo chociaż jej wycinek, żeby chociaż jej było łatwiej.  Żeby kiedyś w życiu znalazła choć jedną taką, jak ja mam dwie.

A jeśli nie, to może chociaż ja będę dla niej taką mamą, jak moja dla mnie. Może będzie wiedziała, że zawsze może na mnie liczyć, wbrew światu, który twierdzi, że rodzic nie powinien być przyjacielem. Właśnie, że powinien. Najlepszym. Takim, co rozumie, doradzi i przytuli. Albo chociaż odbierze telefon. I może będzie miała w życiu tyle szczęścia, co ja, i będzie miała przyjaciela za życiowego partnera. I tego jej życzę. A jak się nie uda, to przynajmniej będzie miała rodziców.

A ja? Zobaczymy w następnym miejscu. Może moja emigracyjna przyjaciółka mieszka gdzieś indziej, nie w Nashville. Może nawet nie w USA. Może jeszcze się gdzieś znajdziemy. A jak nie, to zawsze pozostają książki, internet i wspomnienia z młodości, kiedy to idąc ulicą „potykałam się” o znajomych co krok.

Reklamy

Jedna myśl nt. „Przyjaźń na emigracji?”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s