Kolejny pierwszy dzień

Każdy pierwszy dzień w nowym miejscu jest inny. Nigdy nie zapomnę tego całkiem pierwszego, gdy przestąpiłam próg mieszkanka akademickiego w Turku, w Finlandii, który tak naprawdę był moim pierwszym domem poza domem. Ale dziś będzie o innym pierwszym dniu. O pierwszym dniu w Ameryce, w moim aktualnym mieście, Nashville, które już za kilka tygodni przestanie być moim.

3 duże walizki, 3 małe walizki, 3 plecaki podręczne – to cały dobytek z jakim wsiedliśmy do samolotu w Warszawie.

Był 25 czerwca 2015 roku, nie tak dawno. W Polsce zostawiliśmy ponad 100 pudeł swoich rzeczy, po które „kiedyś przyjedziemy”. Trzy samoloty później, po wielu perturbacjach i opóźnieniach, po północy wylądowaliśmy na stosunkowo niewielkim lotnisku. Pierwsze co nas uderzyło to brak powietrza. To nie był upał, to nie był skwar, to było stojące, gorące powietrze, którym nie dało się odetchnąć, zupełnie jakby otworzyć drzwi do sauny, mimo, że był to środek nocy i ponoć chłodniejsza pora. Po ponad dobie w różnych samolotach świat nie wydawał nam się zbyt przyjazny, więc czekający na nas kierowca był zbawieniem. Odwożąc nas do hotelu, opowiadał nam o swoich etatach, przy okazji próbując sprzedać nam dom w dowolnie wybranym przez nas miejscu i za sensowną cenę.

Krótki sen, próba opanowania jetlagu i rano obudził mnie taki widok.

Do tej pory trudno jest mi uwierzyć, że jest to widok na centrum miasta. Może nie ścisłe centrum biznesowe, nie rozrywkowe Downtown, ale centrum, w którym toczy się życie, śródmieście, jedna z głównych arterii miasta. Nashville’skie Aleje Jerozolimskie czy dla łodzian Aleje Marszałków. Tak właśnie powitała mnie Ameryka. Nie widokiem drapaczy chmur, nie nowoczesną architekturą znaną z filmów, lecz właśnie takim widokiem. Tak wygląda Nashville z 10 piętra jednego z najlepszych hoteli w centrum miasta.

Potem było śniadanie w hotelowej restauracji, a w nim cukier, cukier, cukier i cukier. Tyle z niego pamiętam. Chyba to była kawa z mlekiem, jakieś jajka, bułki, może kiełbasa… Na pewno cukier. Wszystko przeraźliwie słodkie. I do tego słodka mrożona herbata – specjał, albo podstawowy napój południa. A potem było już lepiej. Pojechaliśmy do naszego nowego, tymczasowego lokum, jakoś się urządziliśmy, poszliśmy na basen i poznaliśmy lepiej nasze nowe miasto. Do najbliższego sklepu z jedzeniem szło się prawie 20 minut, a i tak mieliśmy szczęście, że mieszkaliśmy na kampusie uniwersyteckim, gdyż w innych częściach miasta czegoś takiego jak sklep, do którego można dojść na pieszo, praktycznie nie da się znaleźć (poza ścisłym centrum). A gdy kilka tygodni później kupiliśmy samochód, Ameryka otworzyła się na nasz podbój.

 

Wpis powstał w ramach kolejnego już projektu Klubu Polki na Obczyźnie. To już ostatni tydzień tego projektu, ale wcześniejsze i następne opowieści możecie znaleźć tutaj: http://klubpolek.pl/projekt-wiosenny-pierwszy-dzien-w-moim-kraju/ 

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Kolejny pierwszy dzień”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s