Archiwa kategorii: dylematy

Moje Południe

Na początku powiem, że wszystko co napiszę jest moją subiektywną oceną i należy to traktować jako taką. To mój blog i mam do tego prawo. Mam również prawo pisać tak często jak mam czas, ochotę, siłę i pomysły.

 

Mam szczęście mieszkać na Południu. To nie jest oczywiste, zwłaszcza dla znajomych z innych części Stanów czy świata. Dla nich Południe to ta gorsza część. To świat, w którym czas się zatrzymał. To ludzie, którzy marzą o powrocie niewolnictwa, broni dla każdego, i wielu innych stereotypach. Moje Południe jest inne. Moje miasto jest inne. Być może, nie wykluczam, reszta Południa właśnie taka jest, być może ludzie z Alabamy czy Georgii tacy są, choć wątpię. Moje Południe jest przyjazne. Moi ludzie kochają innych, pomagają sobie nawzajem, tworzą społeczność, grupy wsparcia o jakich nie słyszałam w żadnym innym zakątku świata. Moje Południe to wolontariusze, ludzie którzy kupują w sklepach rzeczy specjalnie dla biedniejszych, którzy wrzucają do puszek, którzy kupują ciastka od skautek i przekazują je żołnierzom albo rodzinom dzieci w szpitalach. Moje Południe pomaga najbiedniejszym, w szkole zbiera ubrania, żeby wszyscy wyglądali tak samo, zbiera jedzenie na czas przerw świątecznych czy ferii, żeby nikt nie był głodny. Przynosi jedzenie, żeby w czasie żałoby nie trzeba było myśleć o głupotach.

Moi ludzie akceptują innych. Mimo, że jestem ateistką, która mieszka w Pasie Biblijnym jestem częścią społeczeństwa. Ludziom to nie przeszkadza. Znam przedstawiciela każdej możliwej płci i wszyscy są równie wspaniali. Obok siebie pracują nauczyciele szkółek niedzielnych i ateiści i nikomu to nie przeszkadza, wspólne rozmowy w pracy są możliwością poznania się i zaprzyjaźnienia, a nie jątrzeniem konfliktów. Poznałam więcej interesujących ludzi w ciągu dwóch lat tutaj niż w ciągu całej emigracji razem wziętej. Na co dzień więcej nas łączy niż dzieli i to powinno być podkreślane przez media, a nie na odwrót.

Słyszę pytania, jak wytrzymuję w tej dziczy. Ludzie z dużych miast nie mogą uwierzyć, że tu jest dobrze, że tu jest fajnie, że tu się dzieje. Na moim Południu ciągle się dzieje. Muszę wybierać, rezygnować, przebierać wśród ofert, odrzucać jedne spotkania, żeby być gdzieś indziej. W moim małym Nashville, w którym w porównaniu z wielkim Nowym Jorkiem nic się nie dzieje, dzieje się więcej niż w Sztokholmie, Helsinkach, Hadze. Nie nadaję się do wielkich miast. Tam dzieje się za dużo. Tu jest spokojniej, a mimo to jest co robić.

Moje Południe jest upalne. Jest prawie końcówka lutego i 22 stopnie za oknem. Celsjusza. Nadal nie umiem się przestawić na amerykańskie miary. Jest ciepło, słonecznie, przyjemnie. Ma być upalne lato, gorące i wilgotne, typowe dla Południa. Będą otwarte baseny, ale i tak najwięcej czasu ludzie będą spędzać w budynkach, bo będzie za ciepło i zbyt wilgotno, żeby wytrzymać na zewnątrz. Ale ja już tego nie poczuję. My już będziemy gdzieś indziej. To ta pora, kiedy zaczynamy szukać nowego miejsca na ziemi. Nowi ludzie, nowe miejsca, nowe ścieżki. Ale kawałek mnie zostanie na moim Południu, mimo że przecież tak bardzo nie lubię Stanów i nigdy nie chciałam mieszkać w Ameryce.

Reklamy

Wymyślić siebie na nowo

Z reguły długo przetrawiam niektóre zdania czy opinie. Czasem coś we mnie kiełkuje przez miesiące, czasem kilka dni, ale z reguły trochę to trwa. Kilka dni temu, nie pamiętam dokładnie ile, rozmawialiśmy z Mężem o przynależności do jakiegoś kościoła i niedzielnych wyprawach. Jako osoba mało wierząca, a na pewno wierząca w zupełnie inne rzeczy niż On, nie bardzo zastanawiałam się nad tym wcześniej, gdyż oczywiste jest dla mnie, że niedziele spędza się z rodziną i już. W Stanach nie jest już tak łatwo, podobno, i warto się gdzieś zapisać. I tak od słowa do słowa dyskutowaliśmy o naszych opcjach i wtedy Mąż powiedział właśnie zdanie które zapamiętałam jako myśl, że w nowym miejscu, tak daleko od wszystkiego co znamy i gdzie jesteśmy znani, możemy wymyślić siebie na nowo. Jesteśmy białymi tablicami (no, może jednak nieco zapisanymi, ale oni o tym nie wiedzą), na których możemy wszystko. Nigdy wcześniej nie myślałam o emigracji jako o całkiem nowym początku. Owszem, możliwość poznania nowego kraju, nowych ludzi, nowego jedzenia, to tak, ale nie jako całkowicie nowy początek wszystkiego. Tym razem jedziemy niemalże z bagażem podręcznym, więc faktycznie z mniejszym obciążeniem dotychczasowymi przedmiotami, może więc faktycznie warto przewietrzyć też głowę i zastanowić się, co dobrego możemy zabrać ze sobą emocjonalnie, a jakie sprawy zostawić na Starym Lądzie. Czy powinniśmy odciąć się całkowicie od przeszłości i myśleć tylko o tym, co będzie, czy też mimo wszystko pozostać tymi samymi ludźmi, tylko w innych okolicznościach i innej strefie czasowej? Czy da się być tą samą osobą po drugiej stronie oceanu? A może właśnie o to powinniśmy powalczyć, żeby nie zmienić się wraz ze zmianą krajobrazu, tylko pozostać wiernymi temu wszystkiemu, co do tej pory wypracowaliśmy? Wbrew pozorom odpowiedź nie jest prosta i myślę, że jeszcze dużo wody upłynie zanim ją poznam…

Odliczanie trwa

Coraz mniej tu Finlandii, a coraz więcej przyszłości. Może to dlatego, że ten kraj nie jest już taki, jakim był gdy przyjechałam po raz pierwszy. Co innego, gdy młody człowiek wyrywa się po raz pierwszy na swoje i próbuje ogarnąć życie, a co innego gdy to życie już odrobinę zna i ma  mniej lub bardziej sprecyzowane potrzeby 😉

Tak czy inaczej, wczoraj byliśmy w Ambasadzie amerykańskiej, gdzie przyznano nam wizy. Wygląda na to, że faktycznie przeprowadzamy się do Stanów. Nadal nie do końca w to wierzę, ale widać tak miało być. Mąż jest w siódmym niebie, Córka podekscytowana chce już pakować zabawki i książki, a ja… ja jak zwykle mam obawy. Wiem, powinnam wyluzować i przyjąć to z dobrodziejstwem inwentarza, ale jakoś… sama nie wiem.  Próbuję się wczuwać w atmosferę, włączam sobie country, czytam o Nashville i okolicach, planuję, co będziemy robić przez pierwsze dwa miesiące, zanim zacznie się szkoła itd. Ale nadal nie do końca jestem przekonana, a raczej nie do końca dociera do mnie, że za 4 tygodnie kończy się przygoda z edukacją fińską mojej Córki, że za 6 tygodni będę w Polsce na chwilkę, segregując dobro na „zostaje” i „jedzie” a za 8 tygodni będę spacerować po ponoć najbardziej rozśpiewanym mieście w Stanach… Brzmi to nieco dziwnie, obco, strasznie, ale intrygująco. Lubię wyzwania, przygody, podróże, ale z niewiadomych przyczyn ta przeraża mnie, jak jeszcze żadna do tej pory… I jak mantrę powtarzam „Będzie dobrze!” Bo nie może przecież być inaczej…?

Przyszłość

I już połowa kwietnia, a ja znowu w polu z wpisami. Dużo się dzieje, pewnie za dużo, ale to już nie długo. Już widzę światełko w tunelu. A przynajmniej tak sobie powtarzam od kilku tygodni, bo jakoś muszę podnosić się na duchu. Prawda jest taka, że przytłacza mnie to, co muszę zrobić w ciągu najbliższych dwóch miesięcy.

To już pewne, wyjeżdżamy. Pewne o tyle, że jeszcze nie mamy wizy, ale cała reszta już prawie załatwiona. No dobra, została nam przeprowadzka, zapisanie dziecka do szkoły, zrobienie prawa jazdy tam, wypełnienie miliardów papierów dotyczących spraw, o których jeszcze nie wiem, i załatwienia tysięcy drobiazgów, o których staram się nie myśleć. Ale decyzja podjęta, najważniejsze papiery podpisane, mieszkanie obgadane i wstępnie uzgodnione. Czyli w sumie to niewiele zrobiliśmy, a wydaje mi się jakbyśmy góry przenosili. Zwłaszcza Mąż, który się tym zajmuje, bo ja to głównie wspieram i wynajduję problemy 😉 Oraz siedzę w domu z chorą Córką i staram się skończyć to, co porozpoczynane. Bo gotowanie, pranie i zmywanie wydają się niemal rozrywką, wśród panującego dookoła chaosu.

A jak już nie mam o czym myśleć, bo wszystkie problemy już wymyśliłam i chwilowo mam spokój, to zastanawiam się co będę robić w Nashville. Oczywiście, chcę iść wreszcie do pracy, ale co ja potrafię… Na razie ograniczyłam się do trzech kierunków, z których żaden nie jest fascynujący na tyle, żebym pomyślała – to jest to! Z rozważanych opcji mam pracę jako programista, pracę jako nauczyciel oraz pracę jako niewiemco w McD. Do żadnej nie mam przygotowania, programować nie umiem, kursów nauczycielskich nie mam, a kto by chciał z własnej woli pracować McD? Kiepskie perspektywy przede mną, ale przynajmniej znam język i to stwarza mi szansę na pracę. Jakąkolwiek w sumie, byle wyjść z domu i zarabiać. Wygląda na to, że mądrzy ludzie mieli rację, po co mi studia, skoro nic po nich nie umiem i nigdzie nie mogę znaleźć pracy. Trzeba zakasać rękawy i nauczyć się czegoś pożytecznego, może zostanę drwalem, szkutnikiem, pomywaczką albo sprzątaczką. Z tych zawodów przynajmniej mam jakąś wiedzę i doświadczenie… 😉

Z innych wieści

Po wypełnieniu obowiązku informacyjnego, o święcie fińskim, czas na krótkie podsumowanie ostatnich tygodni.

Skończył się Chiński Rok Konia, mój rok. Zaczął się Rok Kozy, czy innego Barana. Myślałam, planowałam, że to będzie mój rok. A tymczasem udało mi się jedynie pojechać do Chin (jedynie!) i zwiedzić częściowo Pekin, pojechać do Turynu i Mediolanu, do Świętego Mikołaja oraz kilka razy do Polski. Udało mi się rozpocząć dokańczanie doktoratu, ale nie uda mi się go skończyć, więc czeka mnie napisanie listu do promotorki, że jednak nic z tego. Udało mi się obronić licencjat z angielskiego, ale nie udało mi się skończyć studiów, gdyż brakuje mi punktów. Może do końca marca dam radę uzbierać wystarczającą ilość kredytów, żeby wystąpić o dyplom i zakończyć chociaż to. Nie udało mi się wiele prywatnych spraw, na które liczyłam, ale może to nie był jeszcze czas na to. Nie udało mi się zaaklimatyzować w Finlandii, ale może to nie jest kraj nam pisany. Udało się nam przetrwać ospę wietrzną u córki, choć rzutem na taśmę i właściwie już na przełomie lat. Ogólnie ten rok nie wyróżniał się chyba niczym szczególnym, zwłaszcza, że miałam nadzieję, że będzie wyjątkowy. Może następny będzie inny.

Jak wspominałam, córka przeżyła ospę i chyba nawet nie będzie za wielkich śladów po niej. Tak więc mamy już chociaż z tym spokój. Poza tym w dalszym ciągu szukamy, rozważamy, snujemy plany i snujemy się po rzeczywistości. Cały czas wydaje mi się, że na coś czekamy, tylko nie wiem dokładnie na co. Fajnie byłoby zacząć już działać, ale nie da się, bo coś się musi najpierw zmienić. Jakaś informacja potwierdzająca lub zaprzeczająca, jakieś wydarzenie, które będzie miało wpływ, albo może po prostu przyjdzie wiosna radosna i wreszcie będzie nam się chciało. Czas zacząć planować wyjazd na Święta do Polski, przyszykować rzeczy, które chcemy zabrać i zostawić tam, ale przecież to jeszcze miesiąc, dużo czasu. Z drugiej strony ogarnięcie mieszkania i rzeczy tu zgromadzonych będzie wymagało dużo czasu, zwłaszcza jeśli chcemy zrobić to porządnie tym razem. Może wreszcie czas wysłać paczkę z rzeczami kolegi, która czeka już 4 lata w piwnicy… Może czas sprzedać rowery, z których nie korzystamy… Może czas rozpakować pudła z rzeczami ze Szwecji i sprawdzić czy coś z tego chcemy wziąć czy też po prostu zabraliśmy bo było, na wszelki wypadek. Na pewno czas pozbyć się w jakiś sposób starych ubrań, za małych na córkę, za małych na nas… Ale szkoda, bo w większości są w dobrym stanie, a żeby dać to trzeba zabrać do Polski. Dylematy… Rzeczy do zrobienia… Plany… Może czas wrócić do rzeczywistości i korzystając z tego, że dziecko ogląda bajkę w innym pokoju, odrobić pracę domową z chińskiego 😉

Moja emigracja

Ostatnio Sadeemka z Klubu Polek na FB zadała pytanie o nasze odczucia wobec emigracji. Czy emigracja jest dla nas banicją? Czy jest to coś, co nam odpowiada? Mój głos, jak zawsze, był nieco pesymistyczny, gdyż nie jestem w stanie bezkrytycznie zachwycać się wszystkim dookoła. Po całej dyskusji, została we mnie myśl, że jednak nie wszystko jeszcze zostało powiedziane, że istnieje tak wiele różnych aspektów emigracji, które mają wpływ na nasze postrzeganie rzeczywistości, i na postrzeganie nas przez innych, że muszę napisać dodatkowych parę słów z mojej perspektywy. I podkreślę jeszcze raz, to jest moja perspektywa (najmojsza i dlatego najlepsza), ale każdy inny człowiek zapewne ma nieco lub zupełnie inne zapatrywania na ten temat.
Zaczynając od początku, moja emigracja nie jest bardzo różna od typowej. Może faktycznie nie wyjeżdżałam z myślą o wyjeździe na zawsze, ale tak to się skończy. A przynajmniej wyjechałam na wiele, wiele lat. Z początku miało być kilka lat, ale przecież nikt nie może przewidzieć co będzie za te kilka lat. W tej chwili nie bardzo widzę już swoje miejsce w Polsce. Ja się zmieniłam, kraj się zmienił, ludzie, którzy tam zostali są inni. Ja już tam nie pasuję, z moimi poglądami, wiedzą i z bagażem doświadczeń z ostatnich dziesięciu lat. Rozmowy z przyjaciółmi i rodziną w Polsce pokazują mi zupełnie inny świat, świat w którym chyba nie potrafiłabym już się odnaleźć. Wypowiedzi niektórych ludzi sprawiają, że nóż otwiera mi się w kieszeni i nie jestem w stanie zrozumieć, jak ktoś może być tak nietolerancyjny, tak ślepy, albo tak zadufany w sobie, żeby mówić o sprawach, o których ma błędne pojęcie lub nie ma żadnego. Nie potrafię czytać wiadomości czy oglądać filmów z Polski, bo nie rozumiem aluzji. Nie znam tych nazwisk, którymi się operuje w tłumie. Nawet w rozmowie z Rodzicami gubię się, gdy porównują coś do czegoś im znanego. Ja już tego nie znam. Z kolei oni nie wiedzą do czego ja nawiązuję, nie rozumieją słów, których używam, gdyż stanowią one już nasz rodzinny slang. Tłumaczenie znaczeń niektórych zwrotów jest bardzo czasochłonne, więc czasem nie warto nawet tłumaczyć.
Z drugiej strony istnieje moje miejsce tu, przy czym tu też nie jest jednolite. Owszem, są tematy mi bliższe, są innego rodzaju określenia, inne sytuacje. Są inni ludzie, którzy w jakiś sposób stanowią mój świat, ale którzy także nie są w stanie go zrozumieć. Jestem nowopowstałą wyspą na archipelagu obcych wysp.
Czym jest dla mnie emigracja? Samotnością. Nasze liczne przeprowadzki nie pozwalają nam na nawiązywanie bliższych, mocnych przyjaźni. Mamy ludzi, których znamy, którzy czasem nas odwiedzają, pamiętają o nas na FB, ale to nie są przyjaciele. Przyjaciel to ktoś, kto Cię zna i rozumie. Chyba nie ma już na świecie nikogo takiego poza Mężem, bo nikt już nas nie zna. Nie zna już, bo się zmieniliśmy, nie pozna, bo zaraz wyjedziemy. Nigdzie nie trwamy na tyle długo, żeby dać się poznać lepiej. Nigdzie nie znajdujemy ludzi, którzy by chcieli się zagłębić w nasze życie, stać się jego częścią, skoro wiedzą, że zaraz nas nie będzie. Rok, dwa… to za krótki czas, żeby kogoś poznać. To zbyt krótko, żeby stać się przyjacielem na całe życie. Przynajmniej dla introwertyka takiego, jak ja. Może dlatego tak trudno jest mi być całkowicie szczęśliwą, bo brakuje mi tej otoczki z życzliwych ludzi, na których mogę polegać, którzy zrozumieją o co mi chodzi i którzy nie będą traktować nas jak innych. Tylko czy kiedyś otoczą nas tacy ludzie, czy już do końca życia będziemy emigrantami, którzy nigdzie nie zagrzeją miejsca. Ludźmi, którzy poznając wiele kultur i wpasowując je do swojego małego świata, ciągle odstają od reszty. Nomadami, z całym światem spakowanym w kilka pudeł i walizek?

Ja wiedziałam, że tak będzie…

Gdy już wszystko prawie jest ustalone, no przynajmniej z grubsza. Gdy mniej więcej wiemy co i jak dalej. Gdy zostało nam praktycznie już tylko czekać i szykować się na dalszy czas… To jest właśnie ten moment, gdy los postanawia ingerować.

Ja wiedziałam, gdzieś tam w środku siebie, że jak puszczę Męża na konferencję to przywiezie oferty pracy. Wiedziałam, ale nie wierzyłam. W końcu ile ofert może dostać jeden człowiek w ciągu nie tak długiej w końcu kariery? Pewnie statystycznie na naszą rodzinę wypada tyle, co na każdą inną, bo skoro ja dostaję jedną w roku i to z reguły bez szału jakiegoś, to on musi nadrabiać. No ale… I skąd ja mam wiedzieć, co będzie lepsze? Czy mam od nowa zaczynać sprawdzać gdzie nam będzie lepiej, czy ustalić, że wiemy co robimy a te nowe miasta wcale nie są tak kuszące…? A może jednak w Kanadzie byłoby nam lepiej niż w Stanach? A jak w Stanach to skąd mam wiedzieć czy północ czy południe? Nigdy nie byłam po tamtej stronie wody, nigdy mnie nie ciągnęło, a teraz nagle muszę wybierać między jednym a innym miastem. A czasu coraz mniej…

Jakie kryteria brać pod uwagę? Czy ważniejsza jest dobra praca Męża czy super szkoła dla Córki? A może jakakolwiek w końcu praca dla mnie? No i skąd mam wiedzieć w której lokalizacji mogę znaleźć wszystkie trzy elementy? Nie wspominając już o tym, co to znaczy dobra praca Męża a co szkoła dla Córki? Dobra, czyli jaka? Dla mnie wystarczy cokolwiek, byle wreszcie coś, ale ich przyszłość jest ważna. Postawiliśmy na jego karierę, więc musimy być konsekwentni, jakaś stabilizacja w końcu musi być i na jakimś założeniu muszę się opierać. Ale nie chcę, żeby odbywało się to kosztem mojej Córki. Ale uzależniać pracę Męża od szkoły podstawowej dla dziecka to też nie do końca dobry pomysł. W końcu to mogą być tylko 2 lata, więc też niezbyt stabilna przyszłość.

Czasem chciałabym, żeby życie nie dawało nam aż takiej wolności wyborów, bo od tego tracę głowę i skupiam się nie na tym, co powinnam robić. Mamy jeszcze kilka tygodni na podjęcie decyzji, a ja już panikuję. Musi istnieć jakieś prostsze rozwiązanie tego wszystkiego. Musi być jakiś klucz, który pozwoli nam wybrać dobrze. Po prostu musi.