Archiwa kategorii: inside

Jak Ci tam?

Dobrze. Jest w porządku. Nie narzekam, a przynajmniej staram się, dziękuję. Bywa lepiej, bywa gorzej. No wiesz, styczeń to nie był łatwy miesiąc. Przeprowadzki, wyjazdy, sporo kasy poszło na różne rzeczy, na Święta i tak dalej. Już prawie się urządziliśmy, kilku drobiazgów nam brakuje, ale będzie dobrze. Może w lutym, albo w marcu kupimy łóżka. Stół już mamy, wiesz? I krzesła do niego, obite skórą. Tak, chyba prawdziwą, a jak nie to dobrą imitacją. Nie, no co Ty, pewnie, że używane. Szkoda pieniędzy na nowe, i tak się zniszczą. Kanapę też mamy, wygodna, duża. I kilka innych mebli też się udało zdobyć. Kuchnia już prawie urządzona. Sztućce, talerze, garnki, wszystko jest. Praca? No pracowałam przez chwilę, ale brakło zleceń i mnie zwolnili. Może jeszcze coś będą kiedyś mieć. Nie, stare firmy nadal coś przysyłają, ale dużo tego nie ma. Większość zleceń jest w nocy, wiesz, różnica czasu między nami trochę przeszkadza. Na stałe? Nie wiem, może kiedyś. Nie jest łatwo o pracę teraz, wbrew pozorom. Tak, język znam. Tak, mamy jakichś znajomych, ale oni nie szukają pracowników. Tak, może ich znajomi, albo znajomi znajomych, ale takich jak ja jest wielu. Nie, do szkoły nie idę. Przebranżowić? No mogę, w końcu to nie pierwszy raz. Nie, nie pójdę na studia. Za drogo. Sama się pouczę, może wystarczy. A jak nie? To trudno, znajdę coś innego. Dzisiaj na przykład umówiłam się na rozmowę na jutro. Ubezpieczenia. Nie, jakaś praca w biurze ubezpieczeniowym. Inna opcja to w magazynie. Biblioteka? Znaleźli kogoś innego. Tak, do biura próbuję, ale wezmę co będzie. Co robię w domu? A co można robić w domu? No właśnie. Nie, nie siedzę cały dzień. Pomagam, wolontariat w szkole u Córki. Tak, rozmawiam z ludźmi. Tak, poznaję ich. Nie, nie siedzę sama, poznaję ludzi. Tak, wychodzę. Tak, po zakupy też. Samochodem jeździmy, bo daleko. No nie bardzo daleko, ale nie dojdziesz. Nie ma chodnika. No normalnie nie ma chodnika, to nie dojdziesz. No nie ma, jest ulica, autostrada, więc nie ma chodnika. No może się da osiedlem, ale nikt tak nie robi. Każdy ma samochód i dojeżdża. Z psem? Do parku na trawnik. No taki psi park, trawnik jest, kilka przeszkód i tam się psy bawią. Nie, nie mamy psa. Skąd wiem? Na osiedlu mamy, codziennie go mijam to widzę. Tak, koło basenu i placu zabaw. Tak, dwa, ale zamknięte jeszcze, bo zimno. Latem będzie można popływać. Dzisiaj? Jakieś 20 stopni. Celsjusza. Nie, dla nich jest 65-70 stopni. No dziwna taka, ale taką mają. Nie, mają własny system, w stopach i calach. No stopach, jakieś 30 cm. Można się przyzwyczaić, choć wolę centymetry. Inne? Wagę mają inną, w funtach. No dziwni są, ale tak mają. Córka? Przyzwyczaiła się, tak. Nie, nie tęskni za dawną szkołą. Już zapomniała chyba. Za kuzynem tęskni, jak zawsze. W szkole? Dobrze, chyba dobrze. No skąd mam wiedzieć, przecież sama tam jest, nie chodzę z nią. Nie, nie wypytuję nauczycielki, ma inne rzeczy na głowie niż opowiadać mi codziennie co robi moja córka w szkole. Na świetlicę, tam się bawi z dzieciakami. Jakichś ma, ale nie przychodzą do nas do domu. Wracają późno do domów rozsianych po całym mieście, nie bardzo mają czas żeby po szkole jechać do kolegów. Ma zajęcia. Chodzi na yogę i do zespołu. Tak, będzie koncert, tak jak ostatnio. W maju chyba. No nie wiem dokładnie, bo jeszcze nie ustalili. Tak, nakręcę i wrzucę. Tak, tęsknimy. Mąż? W pracy, a gdzie ma być? Pracuje, inaczej by nas tu nie było. Zarabia. Wystarczająco. Tak, dajemy sobie radę. Tak, bywa ciężej, ale nie jest źle. Tak, podoba mu się. Nie wiem czy zostaniemy, to zależy od wielu czynników. Nie wiem, zobaczymy. Na razie raczej nie będziemy się starać o obywatelstwo. Nie potrzebujemy, mamy polskie. Nie wiem kiedy przyjedziemy. Zobaczymy jak z pracą. Tak, tą której jeszcze nie mam. Wakacje? Córka będzie miała, my niekoniecznie. Co zrobię? Nie wiem jeszcze. Może na obóz wyślemy, albo do Polski do babć. Ktoś z nią poleci i wróci.W maju, do sierpnia. Tak, jest inaczej, w sierpniu zaczynają. Gorąco, upalne lato na południu Stanów. Ochłodzić? Klimatyzacja jest, mamy lód w lodówce, baseny na osiedlu.Przetrwaliśmy jedno, przetrwamy następne, nie będzie źle. Dobrze będzie. Hałas? To suszarka, pranie robię. Tak, wypożyczyliśmy. Można. Nie jest drogo, taniej niż kupno. Tak, zmywarkę też mamy. Odkurzacz. Internet, w końcu jakoś się komunikujemy. Tak, dajemy sobie radę, nie martw się. Będzie dobrze, jest dobrze. Tak, tak.

A co u Ciebie?

Reklamy

Kolejne zmiany

Korzystajc z tego, że siedzę z chorym dzieckiem w domu, mam okazję coś napisać. Nie to, żebym na co dzień nie siedziała w domu, ale jak siedzę sama to chociaż mogę popracować albo zrobić coś konkretnego, nie przerywanego tysiącem żądań od zakichanej małoletniej. A zgodnie z umową z najnowszym pracodawcą, pracowanie w systemie kilka minut pracy, kilkadziesiąt minut przerwy oznacza niewielką produktywność, więc zmuszona jestem niepracować dla tej konkretnej firmy. A inni nie spieszą się ze zleceniami ostatnio…

Tak czy inaczej, wracając do tematu. Jak widać nic nie jest bardziej stałego w moim życiu, jak zmiany. Kolejna przeprowadzka, kolejne wyjazdy, kolejna niepewność  co dalej. Co prawda umowa na mieszkanie podpisana na rok, ale wiza kończy się za niecałe pół roku, więc są szanse, że znowu będzie inaczej. I że znowu trzeba będzie myśleć co dalej. Na razie Nashville nas trzyma, na razie Mąż ma pracę na miejscu, a ja jak zwykle wszędzie. Ale jeśli wszystko poszło dobrze wczoraj, to może od przyszłego miesiąca uda mi się mieć pracę na miejscu też. Pół etatu w szkolnej bibliotece to też coś. Do tego być może trafi się jakieś zatrudnienie tymczasowe z agencji. A może wymyślę coś sama i otworzę swoją firmę. Albo wreszcie nauczę się programowania i zatrudnię w jakimś IT. Takie luźne plany. Na początek jednak musimy ogarnąć nowe mieszkanie, w którym obecnie mamy rzeczy bardzo podstawowe, kanapa i stolik, dwa materace na podłodze, trochę wyposażenia kuchni (talerze, sztućce, jakieś garnki), fotel bujany i lampę. I kilka pudeł z książkami i dokumentami. Tyle. Do tego samotny odkurzacz stojący na środku pokoju, żeby Mąż nie próbował znowu przechodzić pod nisko wiszącą lampą. Co jest człowiekowi potrzebne więcej? Może stół obiadowy? Jakieś biurko, żeby móc postawić laptopa na nim? Regał na książki? Komoda lub półki na dokmenty? Minimalizm w pełnym wydaniu. Byle wytrzymać do jakiejś wypłaty, to może będziemy w stanie kupić coś z listy. Przeprowadzki kosztują masę pieniędzy, nawet te zaplanowane. A zarabianie nie jest takie łatwe, nawet (a zwłaszcza) w Ameryce.

Do czego nie mogę się przyzwyczaić w Nashville

Biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich dni, cieszę się, że zdecydowaliśmy się nie przeprowadzać się do żadnej stolicy ani miejscowości strategicznej. Bo któż chciałby atakować Nashville? Chyba tylko ktoś, kto naprawdę nie lubi country i smażonego kurczaka. Może osobiście nie jestem wielką fanką country, może nie znam zbyt wielu artystów (zwłaszcza młodszych niż Dolly Parton i Willie Nelson, których mój Tato bardzo lubił), ale myślę, że z czasem polubię ją bardziej, bo to jednak bardzo duża część tutejszego życia, od celebrytów począwszy, przez ubrania, a na jedzeniu kończąc. Jednak jest kilka rzeczy, do których się jeszcze nie przyzwyczaiłam i nie wiem czy uda mi się to zrobić, mimo że mieszkam tu zaledwie kilka miesięcy. Rzeczy te dotyczą głównie Nashville i Tennessee, nie całych Stanów Zjednoczonych, co jest bardzo ważnym stwierdzeniem, gdyż tak jak Włoch różni się od stereotypowego Niemca czy Fina, tak człowiek z południa różni się od tych w północy, wschodu i zachodu.

Zacznijmy więc od najprostszego. System miar, wag, temperatur i tak dalej. Nie wiem ile czasu zajmie mi zrozumienie dlaczego Farenheit nie lubił ludzi i wymyślił takie dziwadło. Przeliczanie z C na F jest dla mnie czymś nieosiągalnym. Odejmij 30, podziel przez ileś tam, zaokrąglij i masz mniej więcej rozeznanie jak ciepło jest na dworze. Otóż nie. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Z takich obliczeń wychodzi mi jedynie, że jest albo super gorąco albo ekstremalnie zimno. Próbuję nauczyć się tego na pamięć, 100 F to temperatura człowieka, a 32 to zero, ale wszystko pośrodku to nie wiadomo co. O ile zapamiętałam już, że mając w domu klimatyzację, ustawiam ją pomiędzy 72 a 75 (po latach marznięcia, należy mi się odrobina ciepła), o tyle powiedzenie mi, że na dworze jest 55 stopni jest dla mnie tym samym, co próba tłumaczenia mi „dlaczego sztuka współczesna nas zachwyca”. Co wiąże się także z innymi miarami, gdyż przeliczanie z kg na lb, kubki, metry na cale, stopy itd., to istna mordęga. Doszłam do tego, że zapamiętałam swój wzrost, wagę, dane córki, żeby tylko nie musieć za każdym razem przeliczać ile tego jest i dlaczego. A i tak nadal ciężko mi zapamiętać ile cali wchodzi na stopę i jak dużego mieszkania szukam w stopach kwadratowych.

Udało mi się natomiast zrozumieć dlaczego w przepisach ilość masła podawana jest w łyżkach stołowych i wbrew pozorom ma to sens, ale tylko w USA. Otóż tutejsze masło do pieczenia jest nie tylko pakowane standardowo w papier i pudełko, ale ono jest przekrojone na 4 kawałki (sticks), każdy zawinięty w osobny papier z podziałką na 8 części, oznaczających właśnie te łyżki. Teraz już wiem, że jedna łyżka stołowa masła to w tutejszych warunkach jedna kosteczka, ale w Europie musiałabym już odpowiednio kroić całą kostkę, żeby wykroić odpowiednią ilość. Amerykanie chyba kochają matematykę, a do tego mi będzie się ciężko dostosować.

Inną rzeczą, która jest szalenie miła, ale dla kogoś, kto spędził ostatnie 10 lat na północy Europy nieco deprymujące, jest przyjazność i przyjacielskość ludzi. To niesamowite jak bardzo ci ludzie starają się pomóc, pocieszyć, choćby rzucić dobre słowo na dzień dobry, albo zwyczajnie się uśmiechnąć. Moją pierwszą reakcją na tego typu zachowanie była myśl „świr?!”, potem „brudna jestem??”, następnie „to mój sąsiad/roznosiciel gazet/nauczyciel ze szkoły/rodzic z klasy córki/ktoś z „kościoła”, a ja nie poznałam???”. Teraz już wiem, to po prostu człowiek, który akurat szedł tą samą ulicą w tym samym czasie co ja. Niesamowite, jak bardzo poprawia człowiekowi nastrój poranny uśmiech i pomachanie ręką przez bezdomnego, który próbuje sprzedać gazetę na rogu. Jak dziwnie człowiek się czuje, gdy obcy pyta „jak mi leci”, „czy wszystko w porządku”, „czy może jakoś pomóc”. I to się udziela. I to jest wspaniałe. Ale w dalszym ciągu mnie zaskakuje i chyba jeszcze długo nie przyzwyczaję się do tej ich radości, choćby była tylko na pozór.

Następny temat rzeka to rozmiar. To zapewne jest wspólne dla wielu stanów, ale tak czy inaczej jest dla mnie dziwne. Rozmiar jedzenia, rozmiar ubrań, rozmiar pomieszczeń, rozmiar samochodów, rozmiar wszystkiego. Obecnie wynajmujemy dom od profesora z Męża pracy. Dom jest wielki. Co prawda rodzina, która tu normalnie mieszka, liczy 5 osób, ale gdy kupowali była ich 4. A i to nie tłumaczy po co im 3 piętra! 3,5 łazienki (3 pełne i jeden kibelek z ubikacją) dla 5 osób. Kuchnia, jadalnia i salon wielkości dużego mieszkania w Polsce. W kuchni jest wyspa, której środka nie jestem w stanie sięgnąć ręką z żadnej strony, jeśli coś mi się potoczy to już tam leży dopóki nie wejdę na krzesło, żeby to jakoś sięgnąć… Jedzenie w restauracji to też walka z rozmiarem. Nic dziwnego, że Tennessee jest 4 pod względem otyłości mieszkańców w kraju, skoro porcja kurczaka na jedną osobę w restauracji to pół ptaka, a do tego jeszcze 2 lub 3 dodatki. A przystawka? Deser? Kubek smoothie w rozmiarze dziecięcym to 12 oz, czyli (tu sprawdzam w Internecie) prawie 355 ml. Półtorej szklanki! Dorosły w tym czasie dostaje co najmniej 20 oz, czyli prawie 600 ml! I to jest mały napój! Mój żołądek tyle nie mieści. Pizza średnicy koła młyńskiego to też standard. Zamawiam więc pół porcji, albo dziecięcą, albo zamawiamy dwie porcje na 3 osoby. Można by zlikwidować głód na świecie, wyłącznie obcinając porcje jedzone tutaj. A skoro już rozmiar, to ubrania. Jeśli ktoś zje tyle jedzenia, to potem musi się w coś zmieścić. Tu akurat radość moja jest niesamowita, gdyż zeszłam ze swojego rozmiaru europejskiego o co najmniej dwa! Co prawda tylko w nazwie, ale zawsze to dużo lepiej brzmi, gdy ktoś pyta o rozmiar koszulki 😉

A skoro już o jedzeniu mowa… Herbata! No nie dam rady się przyzwyczaić do zimnej, słodkiej herbaty. Herbaty powinno być dużo, tu się zgadzam z tubylcami. Ale nie z lodem i nie z cukrem! Nawet nie ze słodzikiem, stevią, xylitolem czy co oni jeszcze do tego dorzucają. Nie, po prostu nie. O ile mogę zrozumieć potrzebę picia zimnej herbaty latem, o tyle jesienią to już przesada, a strach pomyśleć o zimie. Ale ten cukier! Cukier we wszystkim! Jak nie cukier to słodzik, jak nie słodzik, to naturalny produkt słodzący, melasa, miód, słód, jakieś brązowe paciaje, cuuuukieeeer! Dlatego pamiętaj turysto, jeśli nie chcesz pić lodowatej herbaty ze skandaliczną ilością cukru, poproś o wodę. Wodę bez lodu. Wyjdziesz na dziwaka, ale za to nie wykręci Cię od słodkości i nie zamrozi od środka. A jak chcesz dostać normalnej, gorącej, mocnej, czarnej herbaty w Nashvillu, to przyjdź do nas 😉

Temat piąty, który ciężko mi ująć jednym hasłem. Chodzi mi o to, ile się tu dzieje. Po 2 latach w Finlandii, gdzie nasze plany weekendowe ograniczały się do sprawdzenia czy w ogóle coś się dzieje w mieście, tutaj moje plany na weekend z reguły stanowią wyzwanie w drugą stronę. No bo jeśli w tym samym czasie są targi żywności regionalnej, na których można spróbować produktów z okolicznych farm, znajomi zaprosili nas na grilla czy basen, obiecałam córce wypad do sali zabaw, a jeszcze muszę zrobić zakupy, bo w lodówce prawie pusto (poza kilkulitrowym słojem majonezu, 3,5 litrową butlą mleka i dynią, z którą nie wiem co zrobić). Nie wspominam tu oczywiście o sprawach naturalnych jak pięć koncertów supergwiazd, 30 koncertów mniej znanych gwiazd, 120 koncertów debiutantów oraz koncercie znajomego, na który zaprosił nas kilka miesięcy wcześniej. Kino? Teatr? Przyjęcie? Noc strachów w muzeum?  A może po prostu wpadniecie do nas? Albo uda mi się wreszcie pojechać i kupić córce koszulki z długim rękawem albo sweter, bo temperatura jednak nieco spadła w ostatnich dniach, do szalonych 60 F (co po konsultacji z Internetem należy rozumieć jako 15 C).

Jako ostatnie wymienię rzecz bardzo nie poprawną politycznie. A mianowicie nie przyzwyczaję się chyba do roszczeniowości części społeczeństwa. Nie chcę pisać, że chodzi mi o wszystkich Amerykanów afrykańskiego pochodzenia, ale spora większość z tych, z którymi się spotkałam w urzędach po prostu żąda. I swoje żądania opiera wyłącznie na wizji, że skoro jego praprzodek został zmuszony, żeby tu przyjechać, to jemu się należy. Nie przyzwyczaję się, nie ma szans. Jest to dla mnie nie do pojęcia jak bardzo można się czegoś domagać i jak bardzo biali ludzie ustępują w tej kwestii. Żadna inna nacja, żadni inni emigranci, nie domagają się tak, jak to robią Murzyni jako grupa. Znam kilkoro ciemnoskórych, którzy są bardzo mili, bardzo przyjaźni, ale jako grupa lub gdy wydaje im się, że czegoś nie dostali, to w temat wtrącany jest kolor skóry, rasizm i nietolerancyjność. Czasami mam wrażenie, że to biali są tutaj traktowani rasistowsko przez Murzynów. To jest wielki problem tutaj, który zdaje się być zamiatany pod dywan, żeby tylko wydawało się, że jest dobrze.

Na pewno jest jeszcze wiele rzeczy, do których wydaje mi się, że się nie przyzwyczaję. Na pewno jeszcze nie raz pomyślę „u nas było inaczej”. Na pewno jeszcze tysiąc razy stwierdzę, że w urzędach pracują same matołki, a imigranci mają tu przechlapane. Ale na pewno nie powiem, że to kraj bez możliwości, kraj smutnych ludzi, kraj w którym tylko ciągle są strzelaniny i ludzie giną. Bo ludzie tutaj są przyjaźni. I te dzieciaki, które rzucają się w ramiona nauczycieli, bo mogą, bo im ufają, bo nauczyciel czy ktokolwiek w szkole jest dla nich dobry. I te maluchy, które podchodzą w parku i zagadują. I te starsze dzieciaki, które pytają skąd jestem, bo mam fajny akcent. I dorośli, którzy przyjęli nas z otwartymi ramionami, obwozili po sklepach, gdy nie mieliśmy jeszcze samochodu, pokazywali nam co i gdzie zjeść, za ile kupić, co warto a czego nie. Ludzie południa to skarb, cokolwiek powiedzą ludzie z innych rejonów 😉

 

 

Ten tekst powstał w ramach jesiennego projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Dedykujemy go akcji „AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM” – Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Na chwilę obecną brakuje 35 tys. Jeśli podoba Ci się nasz projekt, bardzo prosimy o wsparcie akcji dowolną kwotą. Więcej informacji: https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

Propagując dwujęzyczność u dzieci

Po raz pierwszy pokusiłam się o napisanie tutaj czegoś na czyjąś prośbę. Owszem, pisałam już dla Klubu Polki, ale teraz chodzi o coś nieco innego. O pewnego rodzaju reklamę, a właściwie recenzję. Na początku zaznaczę jednak, że nie jest to “zlecenie płatne”, bo w sumie poza samym produtem nie dostałam nic, a i produkt to po prostu robocza wersja książki w pdf. A jednak zgodziłam się, bo temat jest mi bliski i myślę, że znajdzie się więcej osób, którym książeczka może w jakiś sposób pomóc.

Ale wracając do sedna. Chodzi o książkę autorstwa Laury Caputo-Wickman z rysunkami Pameli Goodman „A fish in a foreign waters. A book for bilingual children”. Jako, że sami staramy się wychować naszą córkę dwujęzycznie, co nam średnio wychodzi, to książeczka jest jakby stworzona dla nas. Opowiada ona historię małej rybki, która z powodu zmiany pracy taty, przeprowadza się do innej zatoki. Książka jest w całości po angielsku, co akurat dla mnie stanowi plus, gdyż córka preferuje ten język, jednak fajnie by było zobaczyć ją także w innych językach w przyszłości. Rymowany tekst i delikatne kolorystycznie obrazki są tym, co moja córka bardzo lubi. Dodatkowo fakt, że całość dzieje się w morzu jest idealne dla mojej miłośniczki zwierząt. Na pewno o wiele przyjemniej czyta się ją w formie książkowej niż na ekranie w formie roboczej, ale niestety tylko taką formę dostałam. Postaram się zdobyć książkę w jakiejś księgarni czy bibliotece i wtedy poczytamy razem wieczorem na dobranoc. Na razie nie wiem nawet czy książka ma twardą czy miękką okładkę, ani jak duży jest format. Wiem za to co nieco o jej treści.

W samej tematyce ujęło mnie podejście do bilingualizmu. Nie jest mi obce stwierdzenie córki, że nie chce mówić po polsku, bo nikt inny nie mówi, albo bo dzieciaki pomyślą, że jest inna. Po lekturze tej książeczki możemy wrócić do naszych odwiecznych dyskusji o podwojeniu się liczby przyjaciół, o większym słownictwie i o tym, że bycie innym wcale nie jest gorsze, a wręcz przeciwnie. Bycie dwujęzycznym otwiera świat, który jest dostępny tylko tym, którzy znają język i rozumieją kulturę. Co z tego, że wszystko teraz jest tłumaczone na angielski, skoro wiele elementów akcji ucieka przez niezrozumienie lub brak wiedzy o kulturze i zwyczajach. Poznanie języka to tylko jedno z zagadnień, ale spróbowanie jedzenia, posłuchanie muzyki, dowiedzenie się czegoś o danym kraju i kulturze, to już zupełnie inna para kaloszy. Ale od czegoś trzeba zacząć, więc dlaczego nie od przeczytania dziecku książeczki i dyskusji o małej rybce, którą los rzucił na nieznane wody?

Nie chcę tutaj mówić o czym dokładnie jest książka, bo nie o to mi chodziło, gdy zgadzałam się na recenzję i pomoc w rozpropagowaniu wieści o książce. Dla mnie ważniejsze jest to, że takie książki są potrzebne. W czasach, gdy emigracja w Polsce (z Polski) jest ważnym zagadnieniem, jakoś umyka nam, suchającym wiadomości fakt, że to nie tylko dorośli wyjeżdżają, ale także dzieci, które muszą się jakoś odnaleźć w nowej rzeczywistości. I o ile wydaje mi się, że dla mojej córki jest to łatwiejsze zadanie, bo całe życie się przeprowadzamy z miejsca na miejsce, o tyle istnieje bardzo duże grono dzieci, które po raz pierwszy wyjeżdżają daleko od swoich przyjaciół, bliskich, kolegów ze szkoły czy przedszkola i nie bardzo rozumieją dlaczego i z czego mają się cieszyć. Dla nich pójście do szkoły bez znajomości biegłej drugiego języka jest strasznym przeżyciem. I o tym trzeba mówić głośno, bo nie każdy rodzic zdaje sobie z tego sprawę albo nie zna ogromu stresu jaki to za sobą niesie dla dziecka. Wielu ludzi uważa, że dziecko się szybciej dostosuje, złapie język i będzie śmigać, znajdzie przyjaciół od razu, bo to przecież dziecko, i tak dalej. Znam te wszystkie komentarze z własnego doświadczenia, ale także moje własne doświadczenie mówi mi jak ciężko jest takiemu dziecku w nowym środowisku, którego nie tylko nie zna, ale też nie rozumie. Rodzicu, zanim wyjedziesz, porozmawiaj ze swoim dzieckiem o jego czy jej lękach związanych z wyjazdem do obcego kraju z obcym językiem. Przygotuj dziecko na to, że w nowej szkole będzie się uczyć w innym języku, a jego rodzimy będzie dla innych czymś niezrozumiałym. Spróbuj zrozumieć, że on czy ona też mają swoich przyjaciół na miejscu, mają swoje życie i że decydując się na wyjazd wyrywasz go z obecnego środowiska. Przygotuj dziecko, rozmawiaj, czytaj, wysłuchaj co ma do powiedzenia na ten temat i postaraj się zrozumieć, że Twoja chęć ułatwienia mu startu czy życie na lepszym poziomie, to dla niego ogromny stres i strach. Ale jednocześnie ogromna przygoda i lekcja życia, której nie każdy ma dane zakosztować. To od Ciebie, Rodzicu, w dużej mierze zależy jak dziecko będzie nastawione do emigracji i do nowej sytuacji. Przygotuj się dobrze, bo to nie będzie łatwa rozmowa. Ale warto ją odbyć.

Słodka Ameryka

Jesteśmy tu co prawda dopiero 5 dni, ale już mam pewne wnioski, które może z czasem zweryfikuję. Jednego natomiast jestem pewna. Tu jest słodko. Bardzo słodko. Zdecydowanie za słodko dla mnie. Słodka herbata, słodki chleb, Dunkin’ Donuts w bramie, słodki kurczak u „chińczyka”, kilka rodzai cukru i słodzików na stole, cukier, cukier, cukier… Słodkość wylewa się przez drzwi. Za słodko jak dla mnie. Natomiast pozytyw słodkości? Ludzie są słodcy. Pomocni, doradzający, naprawdę życzliwi w sposób miły. Po prostu słodcy 🙂 Chodzące Pluszowe Misie 🙂 Wszechogarniający cukier zabija, ale też sprawia, że czuję się tu milej widziana niż w Finlandii. Przeprowadzka z Krainy Lodu do Krainy Cukru przebiega w miarę bezboleśnie. Serce roście! (i pupy też).

12 pączków za mniej niż dolara!
12 pączków za mniej niż dolara!

TOP 5 ukochanych miejsc w Finlandii

Poniższy wpis powstał w ramach majowego projektu Klubu Polki na Obczyźnie

Na hasło „Finlandia” wszyscy jednym głosem odpowiadają czystość, spokój, przyroda. I mają rację, bo w sumie to są elementy, które ten kraj promuje. Oczywiście, są jeszcze Angry Birds i Nokia, a ostatnio Microsoft i gry na smartfony, ale poza tym to właśnie cisza i przyroda wybijają się na pierwsze miejsca. Dziś chciałam pokazać miejsca, które według mnie są fińskie i które dla mnie są miejscami odpoczynku. Wbrew pozorom nie będzie o saunie, której w dalszym ciągu nie lubię czy o zimowych nartach biegowych i letnich kijkach, które mimo najszczerszych chęci nie zostały moimi sportami. Dziś będzie o pięciu miejscach, które uważam za moje ulubione. Nie ukochane, bo takich nie mam, ale takie, do których wracam, czy to myślami czy fizycznie. 

1. Turku (po szwedzku Åbo)

Miasto w południowo-zachodniej części kraju i dawna stolica Finlandii. Moim zdaniem najpiękniejsze i najbardziej wyluzowane miasto, taki tutejszy Kraków.Katedra w Turku

Jest piękna katedra, zamek, kilka uniwersytetów (w tym jedyny w kraju szwedzkojęzyczny) i wiele atrakcji turystycznych, i całorocznych, i sezonowych, jak Targ Świąteczny czy Średniowieczny, które łatwo znaleźć w każdym przewodniku.

Dla mnie Turku, czy też Åbo, to przede wszystkim mój pierwszy zagraniczny dom. To miejsce, gdzie zamieszkałam z obecnym Mężem po raz pierwszy, to dom, do którego przyszła nasza kocica, to region, w którym uczyłam się co to znaczy być obcym. Turku Pierwsze samodzielne kupowanie choinki na Święta po 2 tygodniach nauki języka, pierwsze wypady do sklepu i literowanie nazw, które nic mi nie mówiły, pierwsze dni samotności, kiedy to okazało się, że nie jest łatwo znaleźć nowych znajomych wśród Finów.

Obecnie jeździmy tam sporadycznie, gdyż to jest jednak 160 km od naszego domu, ale jest świetnym miejscem kontaktowym ze Szwecją oraz innymi pięknymi miejscami.

A skoro o kontakcie ze Szwecją mowa…

2. Viking Line

Mówiąc o moich ulubionych miejscach, i zapewne wielu tubylców powie to samo, nie sposób nie powiedzieć o promach kursujących między Finlandią i Szwecją. Są dwie linie, ale ja korzystam tylko z jednej, z Wikinga. O co chodzi? O prom, który dwa razy dziennie odpływa z Helsinek (drugi jest z Turku) do Sztokholmu, przez Wyspy Alandzkie (o których za chwilę) i z powrotem. szwecja_547892489_o

Z Turku jeden prom odpływa rano, wieczorem jest w Szwecji na kilka chwil i wraca tą samą drogą do Helsinek, żeby rano wysadzić pasażerów. Z Helsinek prom odpływa wieczorem, rano wysadza pasażerów na cały dzień i wieczorem wraca do domu, żeby rano być w Helsinkach.

w-drodze-do-nowego-domku_9508991760_oZainteresowanie promami jest wielkie, gdyż jest to pływający sklep wolnocłowy, na którym można kupić tani alkohol i papierosy (akurat to nas nie bawi), wytańczyć się w nocnych klubach na pokładach, wybawić dziecko na placu zabaw oraz w miarę tanio najeść się typowych potraw na bufecie (i o to chodzi!). Do tego można pojechać do Sztokholmu czy do Mariehamn na zakupy, odpoczynek itd. Najpopularniejsze wycieczki są oczywiście w weekendy, w piątek czy sobotę wsiada się na prom, spędza dzień w Sztokholmie i wraca na poniedziałek do domu. Ale także w trakcie tygodnia prom nie świeci pustkami, gdyż jest to jedna z ulubionych rozrywek emerytów. Czy wspominałam o jednorękich bandytach i kasynie na pokładzie? Starsi ludzie potrafią godzinami tkwić przy maszynach i grać. To jeden z tych nałogów, których bardzo łatwo nabawić się w tym kraju. A i nie bez znaczenia jest sklep na promie. Wielki jak supermarket sklep wolnocłowy, w którym kupuje się rzeczy na handel albo do domowego użytku. Alkohol za niemal połowę ceny to coś na czym można nieźle zarobić w tym kraju. A wszystko dzięki Wyspom Alandzkim, czyli Archipelagowi…

3. Archipelag (zwany też Morzem Archipelagowym, fin. Saaristomeri , szw. Skärgårdshavet) i Wyspy Alandzkie (fin. Ahvenanmaa, szw. Åland )

W okolicach dawnej stolicy oraz pomiędzy Turku a Sztokholmem rozciąga się sieć wysepek. To Archipelag, ponoć największe na świecie skupisko wysp, jeśli chodzi o ich ilość. Grecja ma swoje wyspy, Brytania ma swoje, Finlandia ma też swoje. Archipelag jest jednak inny. Po pierwsze są to wyspy autonomiczne, należące do Wysp Alandzkich. Mimo tego, że przypisane do Finlandii, ale mówi się tam po szwedzku, nie ma obowiązku wojskowego, ludzie płacą inne podatki… Jest to jakby państwo w państwie. Ich historia jest fascynująca, ale skoro łatwo można ją znaleźć choćby w Wikipedii, to nie będę jej tutaj przytaczać.

szwecja_547859175_o szwecja_547858885_oZa co je lubię? Za ich dzikie piękno. Malutkie (i nieco większe) wyspy, z pojedynczymi domkami, na które dopłynąć można tylko łódką. Do większych kursują promy, na nielicznych są sklepy czy szkoły, ale większość jest albo niezamieszkana, albo czasowo zamieszkana, albo mieści się tam jedna czy dwie rodziny. Świat w miniaturce, cisza, spokój… Ciężko co prawda mówić o dzikiej naturze, skoro całą wyspę można obejść w kilka minut, dobrze jest jak na tej granitowej skale rośnie drzewo albo trawa, ale za to jest nieograniczony dostęp do wody, świeże powietrze, ryb pod dostatkiem (jeśli się łowi) i ten wszechogarniający spokój. Jak dla mnie to jest właśnie kwintesencja fińskości.

4. Jezioro Bodom (fin. Bodominjärvi, szw. Bodom träsk)

A skoro o wodzie mowa, to może czas wrócić do Helsinek, a właściwie do Espoo, i wspomnieć o miejscu, w którym spędzamy nieco czasu „na łonie natury”. SONY DSC Jezioro Bodom, szerokie na kilometr, długie na około trzy, przez niektórych zaliczany do terenu Parku Narodowego Nuuksio (szw. Noux). SONY DSCWiększość ludzi kojarzy to miejsce głównie ze słynnym morderstwem młodych ludzi z 1960, dla mnie jest to przede wszystkim piaszczysta plaża z dostępem do ciepłej wody w jeziorze, dużym placem zabaw dla córki, restauracją dla leniwych i miejscem do grillowania dla bardziej ambitnych, terenami do grania w piłkę czy też szlakami do jazdy na biegówkach, czyli miejscem gdzie możemy podjechać i spędzić kilka godzin na świeżym powietrzu niezależnie od pory roku. Jedyną niedogodnością jest to, że jest to również jedno z ulubionych miejsc spędzania czasu przez wielu Finów, więc w sezonie jest dosyć tłoczno.

5. Centrum nauki i rozrywki Heureka

A jeśli już mowa o spędzaniu czasu rodzinnie, to ostatnie z moich ulubionych miejsc będzie właśnie tego typu. Czas dla rodziny, który jednocześnie jest czasem nauki i zabawy. Położone w Vantaa, na północny wschód od Helsinek, centrum nauki i rozrywki Heureka to raj dla dużych i mniejszych. Co prawda wejście kosztuje i to nie mało, ale warto zapłacić i dać dziecku szansę zobaczenia i dotknięcia prawdziwej nauki. Doświadczenia fizyczne, mini laboratorium, szczury grające w koszykówkę, planetarium, kino w filmami Laboratoriumnaukowymi dla dzieci, no i wreszcie sezonowe wystawy, które przyciągają tłumy.

Centrum organizuje też przyjęcia urodzinowe dla dzieci, przychodzą całe wycieczki nie tylko ze szkół, ale także z przedszkola, żeby nauczyć się jak wygląda człowiek od środka, jak działa inteligentne miasto czy też (obecnie na tapecie) jak wydobywać złoto!

IglooDo tego dochodzą jeszcze sezonowe wystawy na zewnątrz, ogród ze wszystkimi skałami występującymi w Finlandii, czy z typologią roślin Linneusza, tajemniczy Park Galileusza dostępny tylko w tym sezonie… Choć wstęp kosztuje sporo, zwłaszcza jeśli idzie dwóch rodziców z jednym dzieckiem, to warto. Nie tylko dziecko spędzi tam cudownie czas, ale także geekowscy rodzice zginą na jakiś czas, budując igloo z klocków czy też strzelając do siebie powietrzną bazooką 😉

Tylko tyle, i aż tyle. Sama do końca nie byłam przekonana, czy uda mi się znaleźć aż 5 ulubionych miejsc w Finlandii, a okazuje się, że mam jeszcze pomysły na kilka innych. To bardzo cieszy, gdyż oznacza, że nie jest tu tak źle, jak mogłoby nam się wydawać 🙂 Jeśli szukacie czegoś w nieco innym stylu, polecam Rovaniemi z wioską Świętego Mikołaja i farmami reniferów, pomnik policjanta w Oulu, filia szwedzkiej kawiarni Johan och Nystrom nad morzem w Helsinkach, wyprawa promem do Tallina, dzień na wyspie Suomenlinna, albo wycieczka do jednego z wielu parków narodowych czy po prostu na łono natury. Dla każdego coś miłego 🙂

Ten projekt jest dedykowany Stowarzyszeniu Piękne Anioły.

Jeżeli spodobał Ci się mój post, możesz wesprzeć Fundację dowolną kwotą. Więcej informacji na naszym blogu: http://klubpolek.pl/?page_id=1702 

Garść wieści

Po kolejnej długiej przerwie, spowodowanej głównie sesją w szkołach, pojawiam się jak Felix z popiołów. Czy jakoś tak. W każdym razie, gdy mnie nie było to trochę się działo, więc może czas na szybkie uzupełnienie miesiąca.

Jakoś na początku marca Finlandia wybrała swojego przedstawiciela na Eurowizję. Dlaczego jest to pierwsza (prawie) wiadomość tutaj? Bo to Eurowizja, a północ kocha Eurowizję. Po gigantycznym sukcesie Lordiego kilka lat temu, w tym roku zagra „za nas” PKN, Pertti Kurikan Nimipäivät, czyli Imieniny Perttiego Kurikana. Dziwna nazwa, a i sam zespół nietypowy. Wielu po prostu nazywa to Zespołem Downa, gdyż każdy z muzyków go ma. Mają także inne przypadłości, między innymi autyzm, ale dla Finów to wcale nie oznacza, że są dziwni. Po prostu są inni i grają ciekawie. A co grają? Tak zwany fiński punk rock. Wbrew pozorom nie są nowym zespołem, choć świat pewnie dopiero teraz o nich słyszy, ale zespół powstał 11 lat temu, a pierwsze koncerty zaczął dawać w 2009 roku. Bardzo często udzielają się charytatywnie, nagrali 2 single, 4 płyty, z których jedna uplasowała się na 17 miejscu list przebojów, nakręcono o nich film dokumentalny (The Punk Syndrome) i tak dalej. Czemu o tym piszę? Gdyż z Polski zaczęły już docierać do mnie głosy, że Finlandia znowu się wygłupia, że po Lordim wydaje nam się, że możemy wystawić pajaców i będzie śmiesznie. A to jest dokładnie odwrotnie. Finlandia, tak jak i Szwecja, traktuje Eurowizję śmiertelnie poważnie. Tutaj jest to festiwal o bardzo wysoką stawkę, o możliwość zaistnienia w większym świecie, niż tylko te 5 milionów rodaków. Zwłaszcza, że język, w jakim śpiewają, nie jest rozumiany, więc najważniejsza staje się prezencja, aranżacja, muzyka. Dla tych czterech w sumie mężczyzn, w wieku od prawie 60 do niecałych 35 oraz menagera, który jest w moim wieku i również jest niepełnosprawny, śpiewanie to sposób na życie. I to samo jest warte chwili zastanowienia. A tu tytułowa piosenka Aina mun pitää, czyli Zawsze kiedy muszę

Z mniej poważnych spraw tego miesiąca, mam za sobą kolejny semestr, który mam nadzieję wreszcie przybliży mnie do końca studiów. Czekam na wyniki egzaminu z chińskiego, na oceny z esejów z sustainability czy na ocenienie napisanych programów w Visual Basicu, oraz oceny z prezentacji na nauczanie w Web 2.0. Bo skoro próbuję skończyć anglistykę, to po co się skupiać na jednym kierunku. Nie wiem czy wspominałam już jak działa system edukacyjny w Szwecji, gdyż w dalszym ciągu studiuję tam, ale może jak będę mieć chwilkę to napiszę coś więcej. Cały czas szukam czegoś dla siebie, jakiejś swojej dziedziny, w której uda mi się znaleźć pracę, a nie tylko zdobyć wiedzę. Nie jest to łatwe. Czas jeszcze złożyć broń pod doktoratem, nie uda mi się go skończyć i chyba już pora napisać do promotorek, że to już koniec mojej działalności na Uniwersytecie w Turku. Po 11 latach poddaję się, czas zamknąć rozdział na dobre i pomyśleć o czymś, co ma sens.

A najpierw czas zacząć się pakować, rozdzielać rzeczy na kupki, niepotrzebne można wyrzucić/sprzedać, przyda się w Polsce lub kiedyś, jedzie z nami za wodę. Jak tylko dostaniemy wizy, zmykamy stąd. Już od lipca czeka na nas nowy start w muzycznym mieście. Przerażające, ale i pociągające. Na ile Ameryka z filmów pokrywa się z rzeczywistością, na ile prawdziwe życie tam będzie nam odpowiadać, na ile będę w stanie dopasować się do tego, co nas czeka i na ile się zaaklimatyzujemy. A może za dwa lata znowu powrócimy do Europy, tym razem z podkulonym ogonem, pełni pokory, szukający następnego kraju, który nas przygarnie…? Czas pokaże, a blog zapamięta 😉