Archiwa kategorii: Klub Polki

Kolejny pierwszy dzień

Każdy pierwszy dzień w nowym miejscu jest inny. Nigdy nie zapomnę tego całkiem pierwszego, gdy przestąpiłam próg mieszkanka akademickiego w Turku, w Finlandii, który tak naprawdę był moim pierwszym domem poza domem. Ale dziś będzie o innym pierwszym dniu. O pierwszym dniu w Ameryce, w moim aktualnym mieście, Nashville, które już za kilka tygodni przestanie być moim.

3 duże walizki, 3 małe walizki, 3 plecaki podręczne – to cały dobytek z jakim wsiedliśmy do samolotu w Warszawie.

Był 25 czerwca 2015 roku, nie tak dawno. W Polsce zostawiliśmy ponad 100 pudeł swoich rzeczy, po które „kiedyś przyjedziemy”. Trzy samoloty później, po wielu perturbacjach i opóźnieniach, po północy wylądowaliśmy na stosunkowo niewielkim lotnisku. Pierwsze co nas uderzyło to brak powietrza. To nie był upał, to nie był skwar, to było stojące, gorące powietrze, którym nie dało się odetchnąć, zupełnie jakby otworzyć drzwi do sauny, mimo, że był to środek nocy i ponoć chłodniejsza pora. Po ponad dobie w różnych samolotach świat nie wydawał nam się zbyt przyjazny, więc czekający na nas kierowca był zbawieniem. Odwożąc nas do hotelu, opowiadał nam o swoich etatach, przy okazji próbując sprzedać nam dom w dowolnie wybranym przez nas miejscu i za sensowną cenę.

Krótki sen, próba opanowania jetlagu i rano obudził mnie taki widok.

Do tej pory trudno jest mi uwierzyć, że jest to widok na centrum miasta. Może nie ścisłe centrum biznesowe, nie rozrywkowe Downtown, ale centrum, w którym toczy się życie, śródmieście, jedna z głównych arterii miasta. Nashville’skie Aleje Jerozolimskie czy dla łodzian Aleje Marszałków. Tak właśnie powitała mnie Ameryka. Nie widokiem drapaczy chmur, nie nowoczesną architekturą znaną z filmów, lecz właśnie takim widokiem. Tak wygląda Nashville z 10 piętra jednego z najlepszych hoteli w centrum miasta.

Potem było śniadanie w hotelowej restauracji, a w nim cukier, cukier, cukier i cukier. Tyle z niego pamiętam. Chyba to była kawa z mlekiem, jakieś jajka, bułki, może kiełbasa… Na pewno cukier. Wszystko przeraźliwie słodkie. I do tego słodka mrożona herbata – specjał, albo podstawowy napój południa. A potem było już lepiej. Pojechaliśmy do naszego nowego, tymczasowego lokum, jakoś się urządziliśmy, poszliśmy na basen i poznaliśmy lepiej nasze nowe miasto. Do najbliższego sklepu z jedzeniem szło się prawie 20 minut, a i tak mieliśmy szczęście, że mieszkaliśmy na kampusie uniwersyteckim, gdyż w innych częściach miasta czegoś takiego jak sklep, do którego można dojść na pieszo, praktycznie nie da się znaleźć (poza ścisłym centrum). A gdy kilka tygodni później kupiliśmy samochód, Ameryka otworzyła się na nasz podbój.

 

Wpis powstał w ramach kolejnego już projektu Klubu Polki na Obczyźnie. To już ostatni tydzień tego projektu, ale wcześniejsze i następne opowieści możecie znaleźć tutaj: http://klubpolek.pl/projekt-wiosenny-pierwszy-dzien-w-moim-kraju/ 

Przyjaźń na emigracji?

Kolejny wpis w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Tym razem parę słów o przyjaźni.

Parę słów. To niedużo, ale też i nie za dużo jest do pisania. Kiedy prawie 12 lat temu wyjeżdżałam z kraju, miałam wielkie grono ludzi dookoła mnie. Nie przyjaciele, raczej znajomi. Bliscy znajomi. Wszystkim było smutno, a przynajmniej tak mówili. Wszyscy mnie odwiedzą, wszyscy będą czekać… Każdy, kto chociaż kilka miesięcy spędził poza swoją grupą zna to aż za dobrze. Z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, znajomych ubywało. Nie spodziewałam się cudów, w końcu nie byłam dzieckiem i już kilku znajomych dalszych i bliższych zdążyłam stracić. Ale nie spodziewałam się, że w ciągu roku czy dwóch, z grona kilkuset osób, z jakim miałam do czynienia w ciągu każdego miesiąca, zostanie garstka. A z tej garstki, w ciągu następnych kilku lat, zostaną dwie osoby, do której potem nagle dobije trzecia.

Dwie osoby. Dwie dziewczyny. Dwie istoty, które znam od początku podstawówki. I ta trzecia, którą ze sporą przerwą, znam od początku przedszkola. W sumie trzy. Aż trzy. I tylko mogę mieć nadzieję, że mniej już nie będzie. Widujemy się, gdy przyjeżdżam do Polski. Tylko. Nie dzwonimy, bo różnica czasu nieco to utrudnia. Ale wcześniej też raczej się spotykałyśmy niż dzwoniłyśmy. Za to one mają bazę na wakacje czy wyjazdy, a ja… a ja mam do kogo jechać do Polski, poza rodziną.

Z drugiej strony mam tylko je. Przyjaźń zagranicą w moim wydaniu nie istnieje. Znajomi, owszem, bywają. Ale nie ma przyjaźni. Wyjedziesz, poznasz studentów mówili… Taaaaak… Będziesz mieć dziecko, nawiążesz przyjaźnie z rodzicami… Taaaaaaaaak… No ale jakoś nie. Może za krótko siedzimy w jednym miejscu, może do złych krajów jeździmy. A może, w co bardziej wierzę, to z nami coś jest nie tak. Skoro żadne z naszej trójki nie ma przyjaciół, to chyba coś jest na rzeczy. Córka w szkole przez cały rok nie zawarła żadnej przyjaźni. Nie ma nikogo, kogo mogłaby lub chciałaby zaprosić w weekend do wspólnej zabawy. Pójść na urodziny do koleżanki czy kolegi, owszem, czemu nie. Ale zawsze z boku, zawsze sama. Znam to aż za dobrze, tak wygląda całe moje życie i bardzo mi jej żal, bo najprawdopodobniej tak będzie wyglądać jej. Życie introwertyka. Pomimo tego próbujemy. Szukamy. A nuż gdzieś tam czeka na nas jakaś rodzina, z którą uda nam się zaprzyjaźnić. Albo chociaż jej wycinek, żeby chociaż jej było łatwiej.  Żeby kiedyś w życiu znalazła choć jedną taką, jak ja mam dwie.

A jeśli nie, to może chociaż ja będę dla niej taką mamą, jak moja dla mnie. Może będzie wiedziała, że zawsze może na mnie liczyć, wbrew światu, który twierdzi, że rodzic nie powinien być przyjacielem. Właśnie, że powinien. Najlepszym. Takim, co rozumie, doradzi i przytuli. Albo chociaż odbierze telefon. I może będzie miała w życiu tyle szczęścia, co ja, i będzie miała przyjaciela za życiowego partnera. I tego jej życzę. A jak się nie uda, to przynajmniej będzie miała rodziców.

A ja? Zobaczymy w następnym miejscu. Może moja emigracyjna przyjaciółka mieszka gdzieś indziej, nie w Nashville. Może nawet nie w USA. Może jeszcze się gdzieś znajdziemy. A jak nie, to zawsze pozostają książki, internet i wspomnienia z młodości, kiedy to idąc ulicą „potykałam się” o znajomych co krok.

Jak przetrwać zimę w Nashville

Pierwsza zima za nami. Miało być ciepło, ale jakoś nie do końca wyszło. Jak to ciągle mawia mój Mąż: „obiecywałem dwucyfrowe temperatury, ale nie mówiłem w jakiej skali”. Jeśli ktoś się spodziewa, że południe Stanów to ciepła kraina, to w zimie może się zawieść tak jak ja.

O ile większość czasu temperatury faktycznie są w granicach dwucyfrowych, to zdarza się kilka dni, gdy ta dwucyfrowość dostaje ujemnego znaku z przodu (w Celsiuszach). Jest to czas, gdy ruch na ulicach zamiera, a przynajmniej zwalnia do 5-10 mil na godzinę, o ile ktoś jest na tyle zdesperowany, żeby ruszyć się z domu. Szkoły ogłaszają wolne, a zdesperowani rodzice dzwonią do pracodawców, tłumacząc się brakiem możliwości dojechania do pracy. Jak to się dzieje, że całe wielkie miasto z przyległościami, a zapewne cały stan, nagle zamiera? Odpowiedź jest banalnie prosta – nikt nie umie jeździć samochodem po śniegu i lodzie, zwłaszcza że nikt nie ma nie tylko zimowych, ale nawet całorocznych opon. Do tego temperatury często oscylują w okolicach zera, tworząc na drogach „czarny lód”, który jest bardzo niebezpieczny.

Jak więc przetrwać ten czas? Tubylcy masowo wykupują ze sklepów wszystko do jedzenia na pierwszą wzmiankę o spodziewanym śniegu. Zdjęcia w gazetach pokazują puste półki, jak za czasów PRL, i kilku pracowników, którzy najczęściej mają płacone za przepracowane godziny i nie stać ich na przerwę w dostawie gotówki i wyruszają w środku nocy, żeby zdążyć dojść na czas. Są też tacy, którzy czują się w obowiązku dotrzeć do pracy, jak lekarze czy pielęgniarki szpitali. Ewentualnie pracoholicy, którzy nie mają lepszego pomysłu na spędzenie czasu, albo desperaci, którzy nie bali się wsiąść do samochodu i przejechać pustymi autostradami.

Gdy już ma się zapełnioną lodówkę, spiżarkę, a czasem i balkon lub taras, czas na dalsze przygotowania. Wyciągane raz na rok zimowe ubrania, kurtki, zdobywane w ostatniej chwili śniegowce dla dzieciaków oraz poddupniki, zwane jabłuszkami czy innymi ślizgaczami, żeby choć na chwilę pozbyć się potomstwa z domu, to zestaw podstawowy. Znikają z półek kolorowanki, materiały do produkcji arcydzieł dziecięcych, książki czy nowe „jednorazowe” zabawki. W końcu zima nie trwa wiecznie, a tylko kilka dni. W tym roku było to 7 dni roboczych, rozłożone na 2 razy po 5 i 2 dni. Z perspektywy czasu nie wydaje się to dużo, ale pierwsze dwa były dosyć trudne do wytrzymania w warunkach domowych. Jeśli ktoś się spodziewał masy śniegu, na którą można wypuścić dzieciarnię, to się nieco przeliczył. Pierwsze dwa dni wyglądały tak:

Widok z okna Widok z okna

Tak wyglądał armagedon w wykonaniu Nashville. Ale żarty na bok. To tylko pierwsze dwa dni. Dnia trzeciego było już nieco lepiej:

Widok z okna Widok z okna

I tak utrzymało się przez kilka dni. Na szczęście w domach jest klimatyzacja, która zarówno chłodzi, jak i grzeje, a dodatkowo większość domów ma kominki do ogrzewania, więc w środku nie było zimno. (Na zewnątrz zaś temperatury dochodziły do -15 C, czyli prawie jak w Finlandii. Przez parę dni można było uwierzyć, że nie jesteśmy w gorącym klimacie południa, ale znowu na północy Europy. I tylko dziecku trudno było wyjaśnić dlaczego nie może iść do szkoły, przecież to tylko trochę śniegu…). Do tego gorąca kawa i czekolada (herbatę piją tylko przybysze i dziwacy, jak my), gotowane w slowcookerze potrawy, które przez cały czas pyrkają sobie w kąciku kuchni, gotowe do zjadania, filmy w telewizji (oglądanie kanału pogodowego jest narodowym sportem w tym czasie) oraz Internet (media społecznościowe są aż gorące od zdjęć śniegu i marudzenia na pogodę!), telefony do znajomych, żeby spytać czy wychodzili za próg… Oraz sprawdzanie co 5 minut czy wydział edukacji ogłosił już następny dzień śnieżnym, czy też nie (najczęściej dzwonią o 5 nad ranem z informacją, że jednak nie ma szkoły, co wielu rodziców doprowadza do szewskiej pasji). Aż pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, śnieg zaczyna znikać, żeby następnego dnia zastąpiła go wiosna. I zostaje tylko wspomnienie horroru, jaki spotkał okolicę w postaci śniegu i mrozu.

Pozdrowienia z gorącego Nashville od naszego wegetariańskiego gościa (nos z marchewki, oczy z brokułów, usta i uszy z fasolek – nie przygotowałam zawczasu na budowę bałwana)

Gość przed oknem

 

Wpis powstał w ramach projektu „Jak przetrwać zimę?” organizowanego przez Klub Polek na Obczyźnie. Jeśli chcecie poczytać jak poradzić sobie z mrozem z Holandii, znajdziecie go u Ewy na http://www.owsiankaikawa.pl/2016/02/norweski-sposob-na-zime.html a na następny wpis o zimie zapraszam do Doroty http://kroplaarganu.blogspot.com . W międzyczasie jeszcze możecie poczytać co nieco o duchach w Tajlandii u Ani http://czekolada-z-farszem.blogspot.com/2016/03/duchy-w-tajlandii.html, a jutro coś strasznego pojawi się u Julii whereisjuli.com.

Do czego nie mogę się przyzwyczaić w Nashville

Biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich dni, cieszę się, że zdecydowaliśmy się nie przeprowadzać się do żadnej stolicy ani miejscowości strategicznej. Bo któż chciałby atakować Nashville? Chyba tylko ktoś, kto naprawdę nie lubi country i smażonego kurczaka. Może osobiście nie jestem wielką fanką country, może nie znam zbyt wielu artystów (zwłaszcza młodszych niż Dolly Parton i Willie Nelson, których mój Tato bardzo lubił), ale myślę, że z czasem polubię ją bardziej, bo to jednak bardzo duża część tutejszego życia, od celebrytów począwszy, przez ubrania, a na jedzeniu kończąc. Jednak jest kilka rzeczy, do których się jeszcze nie przyzwyczaiłam i nie wiem czy uda mi się to zrobić, mimo że mieszkam tu zaledwie kilka miesięcy. Rzeczy te dotyczą głównie Nashville i Tennessee, nie całych Stanów Zjednoczonych, co jest bardzo ważnym stwierdzeniem, gdyż tak jak Włoch różni się od stereotypowego Niemca czy Fina, tak człowiek z południa różni się od tych w północy, wschodu i zachodu.

Zacznijmy więc od najprostszego. System miar, wag, temperatur i tak dalej. Nie wiem ile czasu zajmie mi zrozumienie dlaczego Farenheit nie lubił ludzi i wymyślił takie dziwadło. Przeliczanie z C na F jest dla mnie czymś nieosiągalnym. Odejmij 30, podziel przez ileś tam, zaokrąglij i masz mniej więcej rozeznanie jak ciepło jest na dworze. Otóż nie. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Z takich obliczeń wychodzi mi jedynie, że jest albo super gorąco albo ekstremalnie zimno. Próbuję nauczyć się tego na pamięć, 100 F to temperatura człowieka, a 32 to zero, ale wszystko pośrodku to nie wiadomo co. O ile zapamiętałam już, że mając w domu klimatyzację, ustawiam ją pomiędzy 72 a 75 (po latach marznięcia, należy mi się odrobina ciepła), o tyle powiedzenie mi, że na dworze jest 55 stopni jest dla mnie tym samym, co próba tłumaczenia mi „dlaczego sztuka współczesna nas zachwyca”. Co wiąże się także z innymi miarami, gdyż przeliczanie z kg na lb, kubki, metry na cale, stopy itd., to istna mordęga. Doszłam do tego, że zapamiętałam swój wzrost, wagę, dane córki, żeby tylko nie musieć za każdym razem przeliczać ile tego jest i dlaczego. A i tak nadal ciężko mi zapamiętać ile cali wchodzi na stopę i jak dużego mieszkania szukam w stopach kwadratowych.

Udało mi się natomiast zrozumieć dlaczego w przepisach ilość masła podawana jest w łyżkach stołowych i wbrew pozorom ma to sens, ale tylko w USA. Otóż tutejsze masło do pieczenia jest nie tylko pakowane standardowo w papier i pudełko, ale ono jest przekrojone na 4 kawałki (sticks), każdy zawinięty w osobny papier z podziałką na 8 części, oznaczających właśnie te łyżki. Teraz już wiem, że jedna łyżka stołowa masła to w tutejszych warunkach jedna kosteczka, ale w Europie musiałabym już odpowiednio kroić całą kostkę, żeby wykroić odpowiednią ilość. Amerykanie chyba kochają matematykę, a do tego mi będzie się ciężko dostosować.

Inną rzeczą, która jest szalenie miła, ale dla kogoś, kto spędził ostatnie 10 lat na północy Europy nieco deprymujące, jest przyjazność i przyjacielskość ludzi. To niesamowite jak bardzo ci ludzie starają się pomóc, pocieszyć, choćby rzucić dobre słowo na dzień dobry, albo zwyczajnie się uśmiechnąć. Moją pierwszą reakcją na tego typu zachowanie była myśl „świr?!”, potem „brudna jestem??”, następnie „to mój sąsiad/roznosiciel gazet/nauczyciel ze szkoły/rodzic z klasy córki/ktoś z „kościoła”, a ja nie poznałam???”. Teraz już wiem, to po prostu człowiek, który akurat szedł tą samą ulicą w tym samym czasie co ja. Niesamowite, jak bardzo poprawia człowiekowi nastrój poranny uśmiech i pomachanie ręką przez bezdomnego, który próbuje sprzedać gazetę na rogu. Jak dziwnie człowiek się czuje, gdy obcy pyta „jak mi leci”, „czy wszystko w porządku”, „czy może jakoś pomóc”. I to się udziela. I to jest wspaniałe. Ale w dalszym ciągu mnie zaskakuje i chyba jeszcze długo nie przyzwyczaję się do tej ich radości, choćby była tylko na pozór.

Następny temat rzeka to rozmiar. To zapewne jest wspólne dla wielu stanów, ale tak czy inaczej jest dla mnie dziwne. Rozmiar jedzenia, rozmiar ubrań, rozmiar pomieszczeń, rozmiar samochodów, rozmiar wszystkiego. Obecnie wynajmujemy dom od profesora z Męża pracy. Dom jest wielki. Co prawda rodzina, która tu normalnie mieszka, liczy 5 osób, ale gdy kupowali była ich 4. A i to nie tłumaczy po co im 3 piętra! 3,5 łazienki (3 pełne i jeden kibelek z ubikacją) dla 5 osób. Kuchnia, jadalnia i salon wielkości dużego mieszkania w Polsce. W kuchni jest wyspa, której środka nie jestem w stanie sięgnąć ręką z żadnej strony, jeśli coś mi się potoczy to już tam leży dopóki nie wejdę na krzesło, żeby to jakoś sięgnąć… Jedzenie w restauracji to też walka z rozmiarem. Nic dziwnego, że Tennessee jest 4 pod względem otyłości mieszkańców w kraju, skoro porcja kurczaka na jedną osobę w restauracji to pół ptaka, a do tego jeszcze 2 lub 3 dodatki. A przystawka? Deser? Kubek smoothie w rozmiarze dziecięcym to 12 oz, czyli (tu sprawdzam w Internecie) prawie 355 ml. Półtorej szklanki! Dorosły w tym czasie dostaje co najmniej 20 oz, czyli prawie 600 ml! I to jest mały napój! Mój żołądek tyle nie mieści. Pizza średnicy koła młyńskiego to też standard. Zamawiam więc pół porcji, albo dziecięcą, albo zamawiamy dwie porcje na 3 osoby. Można by zlikwidować głód na świecie, wyłącznie obcinając porcje jedzone tutaj. A skoro już rozmiar, to ubrania. Jeśli ktoś zje tyle jedzenia, to potem musi się w coś zmieścić. Tu akurat radość moja jest niesamowita, gdyż zeszłam ze swojego rozmiaru europejskiego o co najmniej dwa! Co prawda tylko w nazwie, ale zawsze to dużo lepiej brzmi, gdy ktoś pyta o rozmiar koszulki 😉

A skoro już o jedzeniu mowa… Herbata! No nie dam rady się przyzwyczaić do zimnej, słodkiej herbaty. Herbaty powinno być dużo, tu się zgadzam z tubylcami. Ale nie z lodem i nie z cukrem! Nawet nie ze słodzikiem, stevią, xylitolem czy co oni jeszcze do tego dorzucają. Nie, po prostu nie. O ile mogę zrozumieć potrzebę picia zimnej herbaty latem, o tyle jesienią to już przesada, a strach pomyśleć o zimie. Ale ten cukier! Cukier we wszystkim! Jak nie cukier to słodzik, jak nie słodzik, to naturalny produkt słodzący, melasa, miód, słód, jakieś brązowe paciaje, cuuuukieeeer! Dlatego pamiętaj turysto, jeśli nie chcesz pić lodowatej herbaty ze skandaliczną ilością cukru, poproś o wodę. Wodę bez lodu. Wyjdziesz na dziwaka, ale za to nie wykręci Cię od słodkości i nie zamrozi od środka. A jak chcesz dostać normalnej, gorącej, mocnej, czarnej herbaty w Nashvillu, to przyjdź do nas 😉

Temat piąty, który ciężko mi ująć jednym hasłem. Chodzi mi o to, ile się tu dzieje. Po 2 latach w Finlandii, gdzie nasze plany weekendowe ograniczały się do sprawdzenia czy w ogóle coś się dzieje w mieście, tutaj moje plany na weekend z reguły stanowią wyzwanie w drugą stronę. No bo jeśli w tym samym czasie są targi żywności regionalnej, na których można spróbować produktów z okolicznych farm, znajomi zaprosili nas na grilla czy basen, obiecałam córce wypad do sali zabaw, a jeszcze muszę zrobić zakupy, bo w lodówce prawie pusto (poza kilkulitrowym słojem majonezu, 3,5 litrową butlą mleka i dynią, z którą nie wiem co zrobić). Nie wspominam tu oczywiście o sprawach naturalnych jak pięć koncertów supergwiazd, 30 koncertów mniej znanych gwiazd, 120 koncertów debiutantów oraz koncercie znajomego, na który zaprosił nas kilka miesięcy wcześniej. Kino? Teatr? Przyjęcie? Noc strachów w muzeum?  A może po prostu wpadniecie do nas? Albo uda mi się wreszcie pojechać i kupić córce koszulki z długim rękawem albo sweter, bo temperatura jednak nieco spadła w ostatnich dniach, do szalonych 60 F (co po konsultacji z Internetem należy rozumieć jako 15 C).

Jako ostatnie wymienię rzecz bardzo nie poprawną politycznie. A mianowicie nie przyzwyczaję się chyba do roszczeniowości części społeczeństwa. Nie chcę pisać, że chodzi mi o wszystkich Amerykanów afrykańskiego pochodzenia, ale spora większość z tych, z którymi się spotkałam w urzędach po prostu żąda. I swoje żądania opiera wyłącznie na wizji, że skoro jego praprzodek został zmuszony, żeby tu przyjechać, to jemu się należy. Nie przyzwyczaję się, nie ma szans. Jest to dla mnie nie do pojęcia jak bardzo można się czegoś domagać i jak bardzo biali ludzie ustępują w tej kwestii. Żadna inna nacja, żadni inni emigranci, nie domagają się tak, jak to robią Murzyni jako grupa. Znam kilkoro ciemnoskórych, którzy są bardzo mili, bardzo przyjaźni, ale jako grupa lub gdy wydaje im się, że czegoś nie dostali, to w temat wtrącany jest kolor skóry, rasizm i nietolerancyjność. Czasami mam wrażenie, że to biali są tutaj traktowani rasistowsko przez Murzynów. To jest wielki problem tutaj, który zdaje się być zamiatany pod dywan, żeby tylko wydawało się, że jest dobrze.

Na pewno jest jeszcze wiele rzeczy, do których wydaje mi się, że się nie przyzwyczaję. Na pewno jeszcze nie raz pomyślę „u nas było inaczej”. Na pewno jeszcze tysiąc razy stwierdzę, że w urzędach pracują same matołki, a imigranci mają tu przechlapane. Ale na pewno nie powiem, że to kraj bez możliwości, kraj smutnych ludzi, kraj w którym tylko ciągle są strzelaniny i ludzie giną. Bo ludzie tutaj są przyjaźni. I te dzieciaki, które rzucają się w ramiona nauczycieli, bo mogą, bo im ufają, bo nauczyciel czy ktokolwiek w szkole jest dla nich dobry. I te maluchy, które podchodzą w parku i zagadują. I te starsze dzieciaki, które pytają skąd jestem, bo mam fajny akcent. I dorośli, którzy przyjęli nas z otwartymi ramionami, obwozili po sklepach, gdy nie mieliśmy jeszcze samochodu, pokazywali nam co i gdzie zjeść, za ile kupić, co warto a czego nie. Ludzie południa to skarb, cokolwiek powiedzą ludzie z innych rejonów 😉

 

 

Ten tekst powstał w ramach jesiennego projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Dedykujemy go akcji „AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM” – Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Na chwilę obecną brakuje 35 tys. Jeśli podoba Ci się nasz projekt, bardzo prosimy o wsparcie akcji dowolną kwotą. Więcej informacji: https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum