Archiwa kategorii: outside

Kolejny pierwszy dzień

Każdy pierwszy dzień w nowym miejscu jest inny. Nigdy nie zapomnę tego całkiem pierwszego, gdy przestąpiłam próg mieszkanka akademickiego w Turku, w Finlandii, który tak naprawdę był moim pierwszym domem poza domem. Ale dziś będzie o innym pierwszym dniu. O pierwszym dniu w Ameryce, w moim aktualnym mieście, Nashville, które już za kilka tygodni przestanie być moim.

3 duże walizki, 3 małe walizki, 3 plecaki podręczne – to cały dobytek z jakim wsiedliśmy do samolotu w Warszawie.

Był 25 czerwca 2015 roku, nie tak dawno. W Polsce zostawiliśmy ponad 100 pudeł swoich rzeczy, po które „kiedyś przyjedziemy”. Trzy samoloty później, po wielu perturbacjach i opóźnieniach, po północy wylądowaliśmy na stosunkowo niewielkim lotnisku. Pierwsze co nas uderzyło to brak powietrza. To nie był upał, to nie był skwar, to było stojące, gorące powietrze, którym nie dało się odetchnąć, zupełnie jakby otworzyć drzwi do sauny, mimo, że był to środek nocy i ponoć chłodniejsza pora. Po ponad dobie w różnych samolotach świat nie wydawał nam się zbyt przyjazny, więc czekający na nas kierowca był zbawieniem. Odwożąc nas do hotelu, opowiadał nam o swoich etatach, przy okazji próbując sprzedać nam dom w dowolnie wybranym przez nas miejscu i za sensowną cenę.

Krótki sen, próba opanowania jetlagu i rano obudził mnie taki widok.

Do tej pory trudno jest mi uwierzyć, że jest to widok na centrum miasta. Może nie ścisłe centrum biznesowe, nie rozrywkowe Downtown, ale centrum, w którym toczy się życie, śródmieście, jedna z głównych arterii miasta. Nashville’skie Aleje Jerozolimskie czy dla łodzian Aleje Marszałków. Tak właśnie powitała mnie Ameryka. Nie widokiem drapaczy chmur, nie nowoczesną architekturą znaną z filmów, lecz właśnie takim widokiem. Tak wygląda Nashville z 10 piętra jednego z najlepszych hoteli w centrum miasta.

Potem było śniadanie w hotelowej restauracji, a w nim cukier, cukier, cukier i cukier. Tyle z niego pamiętam. Chyba to była kawa z mlekiem, jakieś jajka, bułki, może kiełbasa… Na pewno cukier. Wszystko przeraźliwie słodkie. I do tego słodka mrożona herbata – specjał, albo podstawowy napój południa. A potem było już lepiej. Pojechaliśmy do naszego nowego, tymczasowego lokum, jakoś się urządziliśmy, poszliśmy na basen i poznaliśmy lepiej nasze nowe miasto. Do najbliższego sklepu z jedzeniem szło się prawie 20 minut, a i tak mieliśmy szczęście, że mieszkaliśmy na kampusie uniwersyteckim, gdyż w innych częściach miasta czegoś takiego jak sklep, do którego można dojść na pieszo, praktycznie nie da się znaleźć (poza ścisłym centrum). A gdy kilka tygodni później kupiliśmy samochód, Ameryka otworzyła się na nasz podbój.

 

Wpis powstał w ramach kolejnego już projektu Klubu Polki na Obczyźnie. To już ostatni tydzień tego projektu, ale wcześniejsze i następne opowieści możecie znaleźć tutaj: http://klubpolek.pl/projekt-wiosenny-pierwszy-dzien-w-moim-kraju/ 

Jak przetrwać zimę w Nashville

Pierwsza zima za nami. Miało być ciepło, ale jakoś nie do końca wyszło. Jak to ciągle mawia mój Mąż: „obiecywałem dwucyfrowe temperatury, ale nie mówiłem w jakiej skali”. Jeśli ktoś się spodziewa, że południe Stanów to ciepła kraina, to w zimie może się zawieść tak jak ja.

O ile większość czasu temperatury faktycznie są w granicach dwucyfrowych, to zdarza się kilka dni, gdy ta dwucyfrowość dostaje ujemnego znaku z przodu (w Celsiuszach). Jest to czas, gdy ruch na ulicach zamiera, a przynajmniej zwalnia do 5-10 mil na godzinę, o ile ktoś jest na tyle zdesperowany, żeby ruszyć się z domu. Szkoły ogłaszają wolne, a zdesperowani rodzice dzwonią do pracodawców, tłumacząc się brakiem możliwości dojechania do pracy. Jak to się dzieje, że całe wielkie miasto z przyległościami, a zapewne cały stan, nagle zamiera? Odpowiedź jest banalnie prosta – nikt nie umie jeździć samochodem po śniegu i lodzie, zwłaszcza że nikt nie ma nie tylko zimowych, ale nawet całorocznych opon. Do tego temperatury często oscylują w okolicach zera, tworząc na drogach „czarny lód”, który jest bardzo niebezpieczny.

Jak więc przetrwać ten czas? Tubylcy masowo wykupują ze sklepów wszystko do jedzenia na pierwszą wzmiankę o spodziewanym śniegu. Zdjęcia w gazetach pokazują puste półki, jak za czasów PRL, i kilku pracowników, którzy najczęściej mają płacone za przepracowane godziny i nie stać ich na przerwę w dostawie gotówki i wyruszają w środku nocy, żeby zdążyć dojść na czas. Są też tacy, którzy czują się w obowiązku dotrzeć do pracy, jak lekarze czy pielęgniarki szpitali. Ewentualnie pracoholicy, którzy nie mają lepszego pomysłu na spędzenie czasu, albo desperaci, którzy nie bali się wsiąść do samochodu i przejechać pustymi autostradami.

Gdy już ma się zapełnioną lodówkę, spiżarkę, a czasem i balkon lub taras, czas na dalsze przygotowania. Wyciągane raz na rok zimowe ubrania, kurtki, zdobywane w ostatniej chwili śniegowce dla dzieciaków oraz poddupniki, zwane jabłuszkami czy innymi ślizgaczami, żeby choć na chwilę pozbyć się potomstwa z domu, to zestaw podstawowy. Znikają z półek kolorowanki, materiały do produkcji arcydzieł dziecięcych, książki czy nowe „jednorazowe” zabawki. W końcu zima nie trwa wiecznie, a tylko kilka dni. W tym roku było to 7 dni roboczych, rozłożone na 2 razy po 5 i 2 dni. Z perspektywy czasu nie wydaje się to dużo, ale pierwsze dwa były dosyć trudne do wytrzymania w warunkach domowych. Jeśli ktoś się spodziewał masy śniegu, na którą można wypuścić dzieciarnię, to się nieco przeliczył. Pierwsze dwa dni wyglądały tak:

Widok z okna Widok z okna

Tak wyglądał armagedon w wykonaniu Nashville. Ale żarty na bok. To tylko pierwsze dwa dni. Dnia trzeciego było już nieco lepiej:

Widok z okna Widok z okna

I tak utrzymało się przez kilka dni. Na szczęście w domach jest klimatyzacja, która zarówno chłodzi, jak i grzeje, a dodatkowo większość domów ma kominki do ogrzewania, więc w środku nie było zimno. (Na zewnątrz zaś temperatury dochodziły do -15 C, czyli prawie jak w Finlandii. Przez parę dni można było uwierzyć, że nie jesteśmy w gorącym klimacie południa, ale znowu na północy Europy. I tylko dziecku trudno było wyjaśnić dlaczego nie może iść do szkoły, przecież to tylko trochę śniegu…). Do tego gorąca kawa i czekolada (herbatę piją tylko przybysze i dziwacy, jak my), gotowane w slowcookerze potrawy, które przez cały czas pyrkają sobie w kąciku kuchni, gotowe do zjadania, filmy w telewizji (oglądanie kanału pogodowego jest narodowym sportem w tym czasie) oraz Internet (media społecznościowe są aż gorące od zdjęć śniegu i marudzenia na pogodę!), telefony do znajomych, żeby spytać czy wychodzili za próg… Oraz sprawdzanie co 5 minut czy wydział edukacji ogłosił już następny dzień śnieżnym, czy też nie (najczęściej dzwonią o 5 nad ranem z informacją, że jednak nie ma szkoły, co wielu rodziców doprowadza do szewskiej pasji). Aż pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, śnieg zaczyna znikać, żeby następnego dnia zastąpiła go wiosna. I zostaje tylko wspomnienie horroru, jaki spotkał okolicę w postaci śniegu i mrozu.

Pozdrowienia z gorącego Nashville od naszego wegetariańskiego gościa (nos z marchewki, oczy z brokułów, usta i uszy z fasolek – nie przygotowałam zawczasu na budowę bałwana)

Gość przed oknem

 

Wpis powstał w ramach projektu „Jak przetrwać zimę?” organizowanego przez Klub Polek na Obczyźnie. Jeśli chcecie poczytać jak poradzić sobie z mrozem z Holandii, znajdziecie go u Ewy na http://www.owsiankaikawa.pl/2016/02/norweski-sposob-na-zime.html a na następny wpis o zimie zapraszam do Doroty http://kroplaarganu.blogspot.com . W międzyczasie jeszcze możecie poczytać co nieco o duchach w Tajlandii u Ani http://czekolada-z-farszem.blogspot.com/2016/03/duchy-w-tajlandii.html, a jutro coś strasznego pojawi się u Julii whereisjuli.com.

Dwa miesiące za oceanem

To już ponad dwa miesiące odkąd sprowadziliśmy się do Nashville a ja nadal nie mam czasu opisać co się dzieje i jak tu jest. Tyle rzeczy chciałabym zapisać dla samej siebie, żeby potem pamiętać, żeby sobie móc przypomnieć jak było. A wszystko umyka razem z czasem.

Powoli przystosowujemy się do rytmu życia. Pobudka, szkoła, praca, wolontariat, kluby po szkole, świetlica, dom, podlać ogród, kąpiel, sen. W weekendy wypady w różne miejsca, na festyn, do Zoo, zrobić zakupy na tydzień, pójść na spotkanie „kościoła”, pojechać do znajomych na grilla czy na basen, pójść do parku z dzieciakami z klasy. Tyle opcji, coś trzeba wybierać, coś odrzucać, coś przelatuje koło nosa, bo za późno sprawdziłam. Leniwe weekendy z Finlandii wydają się nudnym wspomnieniem, tu nie ma czasu na nudę, tu trzeba iść, zobaczyć, spotkać, kupić, zrobić. Jeszcze nie mieliśmy czasu zapisać się do biblioteki, która jest po drugiej stronie parku przy którym mieszkamy. Nie było czasu pojechać do ogrodu botanicznego, w którym dzień jest jednym z najciekawszych sposobów spędzania weekendu . Nie byliśmy w najbardziej turystycznych miejscach, nie mamy kiedy. Czas mknie, a ja zaczynam się bać, że nie zobaczymy wszystkiego co warto. A kiedy na kemping? Kiedy pojedziemy w góry? A kiedy do parku wodnego? Lato się kończy, a tyle jeszcze do zobaczenia, zanim jesienny wiatr zdmuchnie wszystkie liście z drzewa i będę musiała cały dzień grabić ogród. Różnica między powolną Finlandią a wiecznie spieszącą się Ameryką jest kolosalna. 

Łączy je biurokracja. Ale ona chyba łączy wszystkie państwa na świecie. Załatwienie czegoś szybko jest niewykonalne. Może to kwestia ilości ludzi, którzy chcą załatwić to samo w tym samym czasie. A może fakt, że jesteśmy na południu i urzędnicy czasem stosują przysłowiowe latynoskie „jutro”. Nie wiem. Faktem jest, że załatwienie tymczasowego papierka o posiadaniu tymczasowego prawa jazdy zajęło mi dużo czasu, trzy tygodnie czekania aż wpiszą mnie do systemu, a teraz jeszcze 1,5 miesiąca czekania na egzamin praktyczny. Pozwolenie na pracę być może będzie w ciągu najbliższych 3 miesięcy, o ile czegoś się nie dopatrzą. A potem jeszcze szukanie pracy i wdrożenie się w nią. Oby się nie okazało, że pójdę do pracy na miesiąc i nasz czas tutaj się skończy.

W grudniu następna przeprowadzka. Wydaje się to tak odległe, ale wiem, że to kwestia mrugnięcia okiem. Dwa miesiące przeleciały błyskawicznie, następne 4 to tylko odrobina więcej. W międzyczasie goście, ferie szkolne, zajęcia z różnych dziedzin. Zupełnie zapomniałam, że zapisałam się na kolejne studia. Dużo rzeczy mi umyka, dużo rzeczy mnie omija, nie wszystko ogarniam. Ale staram się. Staram się polubić to miejsce, staram się zrozumieć jak tu wszystko działa, staram się nie porównywać za mocno, ale też nie przyzwyczajać się za szybko. Jest inaczej. Wielu rzeczy mi brakuje, wiele rzeczy mnie zadziwia, wiele rzeczy mam w nadmiarze. Inaczej niż w Europie. Nawet nie niż w Polsce, Szwecji czy Finlandii, ale niż w całej Europie.

I ciągle jeszcze mam problemy z czasem i miarami. Ponoć kiedyś się człowiek przystosowuje, ale czy będę tu tak długo, żeby być w stanie bez zająknięcia i liczenia odpowiedzieć córce na pytania za ile stóp będzie zakręt i ile galonów mleka ma wlać do ciasta, oraz dlaczego 60 F to mniej niż 40 C.

Jedyne takie miejsce

Ten post powstał w ramach projektu wakacyjnego Klubu Polki na Obczyźnie

Jedno ukochane miejsce, tylko tyle mogę dzisiaj opisać w tym tekście. Jedno miejsce, z którym łączy mnie coś większego, coś ważniejszego, coś co sprawia, że wracam tu z radością kiedy tylko mogę. Jedno miejsce, to trudny wybór. Na szczęście zasady nie określają jak wielkie jest to miejsce, więc powiem tylko jedno słowo.

Łódź.

Miasto, które można albo kochać, albo nienawidzić. Brudne, szare, choć „czerwone”, pełne biedy, i właściwie niczego do zwiedzania. Miasto, które uważane jest za młode, choć oficjalnie w tym roku obchodzi 572 urodziny. Ot, Piotrkowska i tyle. Niektórzy, bardziej zorientowani, powiedzą może jeszcze Manufaktura. Tyle tylko wiedzą ci, którzy tego miasta nie znają.

Piotrkowska, parada starych samochodów
Piotrkowska, parada starych samochodów
Piotrkowska
Piotrkowska

Dla mnie jest to miasto pałaców fabrykanckich, historii włókiennictwa, bankructw i pożarów, tragedii i radości. Miasto, w którym tworzył Julian Tuwim czy Artur Rubinstein. Miasto, z którego pochodzi Leon Niemczyk, Jan Machulski, Stefan Jaracz, Marek Edelman, Jan Karski, Andrzej Sapkowski, Piotr Pustelnik, i miliony innych ludzi. To miasto, które pokazywał mi Tato, swego czasu przewodnik po Łodzi, kiedy otwierał mi oczy na piękno schowane za obskurnymi tynkami i popękanymi bramami. Mogłabym godzinami opowiadać o bohaterach miasta, fabrykantach, dzięki którym miasto urosło i stało się potęgą włókienniczą, jak rodziny Izraela Poznańskiego, Karola Scheiblera, Henryka Grohmana, Ludwika Geyera, czy też Biedermannowie, Kindermannowie, Herbstowie, żeby wymienić tylko kilku.

Pałac i fabryka Izraela Poznańskiego
Pałac i fabryka Izraela Poznańskiego

Obecnie Łódź powstaje z popiołów. Po załamaniu gospodarki, po utracie kontraktów z ówczesnym ZSRR, wraz z rozwojem kapitalizmu w całej reszcie kraju, Łódź zaczęła umierać. Szukała swojego nowego stylu, szukała sposobu na powstanie i wygląda na to, że powoli wychodzi na prostą. Bo Łódź ma swoją dumę, Łódź wstaje. Bo Łódź jest kobietą, która daje sobie radę. W to wierzą prawdziwi Łodzianie. „Nikt za Ciebie nic nie zrobi, nikt Ci nic nie da, jesteś z Łodzi, przyzwyczaj się” – takie zdania słyszałam od dzieciństwa i w takich realiach żyło całe miasto. Bo Łódź jest silna. Władysław Reymont pisał „Łódź się budziła” i robi to nadal.

Pasaż Róży orzy Piotrkowskiej 3
Pasaż Róży orzy Piotrkowskiej 3

Za co kocham to miasto? Za duszę, za bycie moim miastem, tym w którym się wychowałam. Za jego historię, za piękno, które nie jest łatwe do zobaczenia. Jeśli dobrze patrzysz, to w miejscu odrapanych budynków zobaczysz czasy, gdy ludzie nie zważali na wygląd, ale na przeżycie i wychowanie dzieci na ludzi lepszych niż oni sami. Zobaczysz ludzi, którzy pracowali na 3 zmiany, spali na jednym sienniku całą rodziną, gdyż nigdy nie spali jednocześnie. Popatrz w bok, a zobaczysz pałac. Nie jest to jednak pałac książęcy, to pałac człowieka, którego stać na wybrukowanie sobie posadzki monetami na sztorc, którego stać na wszystkie style architektoniczne w jednym pomieszczeniu, to pałac człowieka, który się dorobił na bawełnie czy wełnie. Tam obok postawił szkołę dla dzieci swoich pracowników, a tu z drugiej strony zbudował im domy, żeby mieli blisko do pracy. A tam, za zakrętem jest szpital, jaki im dał, żeby nie chorowali. A widzisz ten drugi ciąg? Tam, na końcu drogi jest straż pożarna, na wypadek, gdyby coś się złego działo w jego mieście. Obok kolejna szkoła, i szpital, i przychodnia. A tu park, żeby ładnie było. Bo on też kochał to miasto i tych ludzi. Biednych ludzi, którzy u niego tracili zdrowie i życie, ale którzy mimo to byli szczęśliwi, bo wierzyli, że ich dzieciom będzie lepiej. I było, bo mogły iść do szkoły, leczyć się u lekarza, a życia uczyli się na ulicy, wśród sobie podobnych, a potem podnosili głowy i budowali swoją fabrykę i produkowali swoje dobra, aby ich dzieci miały jeszcze lepszy start. Choć nie wszystkim się udawało, jak to w życiu.

SONY DSC
Tramwaj na rogu Zachodniej i Legionów

Moja Łódź jest piękna. Nie tylko dlatego, że jest moja. Ona jest piękna obiektywnie, tylko trzeba umieć na nią popatrzeć przez pryzmat historii. A za kilka lat, mocno w to wierzę, moja Łódź będzie piękna bez pryzmatów, po prostu odzyska swój dawny czar i bogactwo, gdy już wszystkie remonty się skończą i życie wróci do normy.

Łódź zbliża ludzi
Łódź zbliża ludzi
Miś Uszatek zaprasza do Łodzi
Miś Uszatek zaprasza do Łodzi

 

Łódź słowami Tuwima: https://www.youtube.com/watch?v=u2KPaaQfY9Q

(wersja pełna: https://www.youtube.com/watch?v=1U1bNNdqhXo)

Gdy będziecie mieli chwilę czasu, wpadnijcie do Łodzi. Przejdźcie się całą Piotrkowską i ulicami dookoła, wstąpcie na Księży Młyn, idźcie do Parku Śledzia albo podjedźcie na Zdrowie, zróbcie zakupy na Bałuckim Rynku, wejdźcie do pubów na piwo czy sok, zjedzcie coś pysznego w jednej z setek restauracji w centrum, pójdźcie pobawić się w OFF’ie albo po prostu jak każdy zakupoholik pojedźcie do Manufaktury albo do Portu. Na pewno coś się dla Was znajdzie. A jak braknie Wam pomysłu, to dajcie znać, a ja Wam powiem gdzie kryją się prawdziwe skarby tego miasta 🙂

Weekend w Łodzi nie zaszkodzi 😉

Wakacyjny projekt dedykujemy akcji „AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM” – Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Na chwilę obecną brakuje 35 tys. Jeśli podoba Ci się nasz projekt, bardzo prosimy o wsparcie akcji dowolną kwotą. 

Więcej info: https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

Wymyślić siebie na nowo

Z reguły długo przetrawiam niektóre zdania czy opinie. Czasem coś we mnie kiełkuje przez miesiące, czasem kilka dni, ale z reguły trochę to trwa. Kilka dni temu, nie pamiętam dokładnie ile, rozmawialiśmy z Mężem o przynależności do jakiegoś kościoła i niedzielnych wyprawach. Jako osoba mało wierząca, a na pewno wierząca w zupełnie inne rzeczy niż On, nie bardzo zastanawiałam się nad tym wcześniej, gdyż oczywiste jest dla mnie, że niedziele spędza się z rodziną i już. W Stanach nie jest już tak łatwo, podobno, i warto się gdzieś zapisać. I tak od słowa do słowa dyskutowaliśmy o naszych opcjach i wtedy Mąż powiedział właśnie zdanie które zapamiętałam jako myśl, że w nowym miejscu, tak daleko od wszystkiego co znamy i gdzie jesteśmy znani, możemy wymyślić siebie na nowo. Jesteśmy białymi tablicami (no, może jednak nieco zapisanymi, ale oni o tym nie wiedzą), na których możemy wszystko. Nigdy wcześniej nie myślałam o emigracji jako o całkiem nowym początku. Owszem, możliwość poznania nowego kraju, nowych ludzi, nowego jedzenia, to tak, ale nie jako całkowicie nowy początek wszystkiego. Tym razem jedziemy niemalże z bagażem podręcznym, więc faktycznie z mniejszym obciążeniem dotychczasowymi przedmiotami, może więc faktycznie warto przewietrzyć też głowę i zastanowić się, co dobrego możemy zabrać ze sobą emocjonalnie, a jakie sprawy zostawić na Starym Lądzie. Czy powinniśmy odciąć się całkowicie od przeszłości i myśleć tylko o tym, co będzie, czy też mimo wszystko pozostać tymi samymi ludźmi, tylko w innych okolicznościach i innej strefie czasowej? Czy da się być tą samą osobą po drugiej stronie oceanu? A może właśnie o to powinniśmy powalczyć, żeby nie zmienić się wraz ze zmianą krajobrazu, tylko pozostać wiernymi temu wszystkiemu, co do tej pory wypracowaliśmy? Wbrew pozorom odpowiedź nie jest prosta i myślę, że jeszcze dużo wody upłynie zanim ją poznam…

Wyprzedaż

Właśnie odjechały nasze rowery. W siną dal. Będą teraz służyć komuś innemu, będą jeździć w ciekawe miejsca, choćby tylko do pracy i do domu, ale przestaną stać w schowku. Pojechały, a mnie jest przykro, bo w końcu kupiliśmy je kilka lat temu i przez jakiś czas zwiedzały z nami Szwecję i Finlandię. To nic, że rama była nieco za wysoka dla mnie, ale siodełko było super miękkie. To nic, że Mąż nie mógł odpiąć zamka, odkąd kluczyk zgubił się w jednej z przeprowadzek, ale za to jak dobrze mu się jeździło do pracy przez cały Sztokholm… Zostały tylko wspomnienia i zdjęcia. Dużo zdjęć, zwłaszcza tych, które zrobiłam dla kupujących. Zdjęcia nie tylko rowerów, ale połowy książek, jakie posiadamy, bo ich też musimy się pozbyć. I sprzętów z kuchni, talerzy, misek, kubków, frytownicy, maszyny do chleba i tej do mufinków i może też tostera, i tysięcy innych rzeczy, o których staram się nie myśleć. A resztę zapakować w pudła i wsadzić do ciężarówki, która przewiezie to wszystko na koniec Polski, żeby tam czekało aż wrócimy. A część poleci z nami za ocean, żeby dalej przeżywać swoją przygodę razem z nami. Ciężko jest robić zdjęcia swoim rzeczom i wystawiać je na pastwę losu. Moja empatia tego nie wytrzymuje. Wiem, że będzie im dobrze w nowym miejscu i wiem, że nie możemy zabrać ich ze sobą, ale mój mózg już dawno spersonifikował te przedmioty i teraz stanowią część rodziny. Jak mogę sprzedawać rodzinę?

A najgorsze jeszcze przed nami… sprzedaż ukochanego Saabcia…

Odliczanie trwa

Coraz mniej tu Finlandii, a coraz więcej przyszłości. Może to dlatego, że ten kraj nie jest już taki, jakim był gdy przyjechałam po raz pierwszy. Co innego, gdy młody człowiek wyrywa się po raz pierwszy na swoje i próbuje ogarnąć życie, a co innego gdy to życie już odrobinę zna i ma  mniej lub bardziej sprecyzowane potrzeby 😉

Tak czy inaczej, wczoraj byliśmy w Ambasadzie amerykańskiej, gdzie przyznano nam wizy. Wygląda na to, że faktycznie przeprowadzamy się do Stanów. Nadal nie do końca w to wierzę, ale widać tak miało być. Mąż jest w siódmym niebie, Córka podekscytowana chce już pakować zabawki i książki, a ja… ja jak zwykle mam obawy. Wiem, powinnam wyluzować i przyjąć to z dobrodziejstwem inwentarza, ale jakoś… sama nie wiem.  Próbuję się wczuwać w atmosferę, włączam sobie country, czytam o Nashville i okolicach, planuję, co będziemy robić przez pierwsze dwa miesiące, zanim zacznie się szkoła itd. Ale nadal nie do końca jestem przekonana, a raczej nie do końca dociera do mnie, że za 4 tygodnie kończy się przygoda z edukacją fińską mojej Córki, że za 6 tygodni będę w Polsce na chwilkę, segregując dobro na „zostaje” i „jedzie” a za 8 tygodni będę spacerować po ponoć najbardziej rozśpiewanym mieście w Stanach… Brzmi to nieco dziwnie, obco, strasznie, ale intrygująco. Lubię wyzwania, przygody, podróże, ale z niewiadomych przyczyn ta przeraża mnie, jak jeszcze żadna do tej pory… I jak mantrę powtarzam „Będzie dobrze!” Bo nie może przecież być inaczej…?