Archiwa kategorii: travel

Moje Południe

Na początku powiem, że wszystko co napiszę jest moją subiektywną oceną i należy to traktować jako taką. To mój blog i mam do tego prawo. Mam również prawo pisać tak często jak mam czas, ochotę, siłę i pomysły.

 

Mam szczęście mieszkać na Południu. To nie jest oczywiste, zwłaszcza dla znajomych z innych części Stanów czy świata. Dla nich Południe to ta gorsza część. To świat, w którym czas się zatrzymał. To ludzie, którzy marzą o powrocie niewolnictwa, broni dla każdego, i wielu innych stereotypach. Moje Południe jest inne. Moje miasto jest inne. Być może, nie wykluczam, reszta Południa właśnie taka jest, być może ludzie z Alabamy czy Georgii tacy są, choć wątpię. Moje Południe jest przyjazne. Moi ludzie kochają innych, pomagają sobie nawzajem, tworzą społeczność, grupy wsparcia o jakich nie słyszałam w żadnym innym zakątku świata. Moje Południe to wolontariusze, ludzie którzy kupują w sklepach rzeczy specjalnie dla biedniejszych, którzy wrzucają do puszek, którzy kupują ciastka od skautek i przekazują je żołnierzom albo rodzinom dzieci w szpitalach. Moje Południe pomaga najbiedniejszym, w szkole zbiera ubrania, żeby wszyscy wyglądali tak samo, zbiera jedzenie na czas przerw świątecznych czy ferii, żeby nikt nie był głodny. Przynosi jedzenie, żeby w czasie żałoby nie trzeba było myśleć o głupotach.

Moi ludzie akceptują innych. Mimo, że jestem ateistką, która mieszka w Pasie Biblijnym jestem częścią społeczeństwa. Ludziom to nie przeszkadza. Znam przedstawiciela każdej możliwej płci i wszyscy są równie wspaniali. Obok siebie pracują nauczyciele szkółek niedzielnych i ateiści i nikomu to nie przeszkadza, wspólne rozmowy w pracy są możliwością poznania się i zaprzyjaźnienia, a nie jątrzeniem konfliktów. Poznałam więcej interesujących ludzi w ciągu dwóch lat tutaj niż w ciągu całej emigracji razem wziętej. Na co dzień więcej nas łączy niż dzieli i to powinno być podkreślane przez media, a nie na odwrót.

Słyszę pytania, jak wytrzymuję w tej dziczy. Ludzie z dużych miast nie mogą uwierzyć, że tu jest dobrze, że tu jest fajnie, że tu się dzieje. Na moim Południu ciągle się dzieje. Muszę wybierać, rezygnować, przebierać wśród ofert, odrzucać jedne spotkania, żeby być gdzieś indziej. W moim małym Nashville, w którym w porównaniu z wielkim Nowym Jorkiem nic się nie dzieje, dzieje się więcej niż w Sztokholmie, Helsinkach, Hadze. Nie nadaję się do wielkich miast. Tam dzieje się za dużo. Tu jest spokojniej, a mimo to jest co robić.

Moje Południe jest upalne. Jest prawie końcówka lutego i 22 stopnie za oknem. Celsjusza. Nadal nie umiem się przestawić na amerykańskie miary. Jest ciepło, słonecznie, przyjemnie. Ma być upalne lato, gorące i wilgotne, typowe dla Południa. Będą otwarte baseny, ale i tak najwięcej czasu ludzie będą spędzać w budynkach, bo będzie za ciepło i zbyt wilgotno, żeby wytrzymać na zewnątrz. Ale ja już tego nie poczuję. My już będziemy gdzieś indziej. To ta pora, kiedy zaczynamy szukać nowego miejsca na ziemi. Nowi ludzie, nowe miejsca, nowe ścieżki. Ale kawałek mnie zostanie na moim Południu, mimo że przecież tak bardzo nie lubię Stanów i nigdy nie chciałam mieszkać w Ameryce.

Reklamy

Jak przetrwać zimę w Nashville

Pierwsza zima za nami. Miało być ciepło, ale jakoś nie do końca wyszło. Jak to ciągle mawia mój Mąż: „obiecywałem dwucyfrowe temperatury, ale nie mówiłem w jakiej skali”. Jeśli ktoś się spodziewa, że południe Stanów to ciepła kraina, to w zimie może się zawieść tak jak ja.

O ile większość czasu temperatury faktycznie są w granicach dwucyfrowych, to zdarza się kilka dni, gdy ta dwucyfrowość dostaje ujemnego znaku z przodu (w Celsiuszach). Jest to czas, gdy ruch na ulicach zamiera, a przynajmniej zwalnia do 5-10 mil na godzinę, o ile ktoś jest na tyle zdesperowany, żeby ruszyć się z domu. Szkoły ogłaszają wolne, a zdesperowani rodzice dzwonią do pracodawców, tłumacząc się brakiem możliwości dojechania do pracy. Jak to się dzieje, że całe wielkie miasto z przyległościami, a zapewne cały stan, nagle zamiera? Odpowiedź jest banalnie prosta – nikt nie umie jeździć samochodem po śniegu i lodzie, zwłaszcza że nikt nie ma nie tylko zimowych, ale nawet całorocznych opon. Do tego temperatury często oscylują w okolicach zera, tworząc na drogach „czarny lód”, który jest bardzo niebezpieczny.

Jak więc przetrwać ten czas? Tubylcy masowo wykupują ze sklepów wszystko do jedzenia na pierwszą wzmiankę o spodziewanym śniegu. Zdjęcia w gazetach pokazują puste półki, jak za czasów PRL, i kilku pracowników, którzy najczęściej mają płacone za przepracowane godziny i nie stać ich na przerwę w dostawie gotówki i wyruszają w środku nocy, żeby zdążyć dojść na czas. Są też tacy, którzy czują się w obowiązku dotrzeć do pracy, jak lekarze czy pielęgniarki szpitali. Ewentualnie pracoholicy, którzy nie mają lepszego pomysłu na spędzenie czasu, albo desperaci, którzy nie bali się wsiąść do samochodu i przejechać pustymi autostradami.

Gdy już ma się zapełnioną lodówkę, spiżarkę, a czasem i balkon lub taras, czas na dalsze przygotowania. Wyciągane raz na rok zimowe ubrania, kurtki, zdobywane w ostatniej chwili śniegowce dla dzieciaków oraz poddupniki, zwane jabłuszkami czy innymi ślizgaczami, żeby choć na chwilę pozbyć się potomstwa z domu, to zestaw podstawowy. Znikają z półek kolorowanki, materiały do produkcji arcydzieł dziecięcych, książki czy nowe „jednorazowe” zabawki. W końcu zima nie trwa wiecznie, a tylko kilka dni. W tym roku było to 7 dni roboczych, rozłożone na 2 razy po 5 i 2 dni. Z perspektywy czasu nie wydaje się to dużo, ale pierwsze dwa były dosyć trudne do wytrzymania w warunkach domowych. Jeśli ktoś się spodziewał masy śniegu, na którą można wypuścić dzieciarnię, to się nieco przeliczył. Pierwsze dwa dni wyglądały tak:

Widok z okna Widok z okna

Tak wyglądał armagedon w wykonaniu Nashville. Ale żarty na bok. To tylko pierwsze dwa dni. Dnia trzeciego było już nieco lepiej:

Widok z okna Widok z okna

I tak utrzymało się przez kilka dni. Na szczęście w domach jest klimatyzacja, która zarówno chłodzi, jak i grzeje, a dodatkowo większość domów ma kominki do ogrzewania, więc w środku nie było zimno. (Na zewnątrz zaś temperatury dochodziły do -15 C, czyli prawie jak w Finlandii. Przez parę dni można było uwierzyć, że nie jesteśmy w gorącym klimacie południa, ale znowu na północy Europy. I tylko dziecku trudno było wyjaśnić dlaczego nie może iść do szkoły, przecież to tylko trochę śniegu…). Do tego gorąca kawa i czekolada (herbatę piją tylko przybysze i dziwacy, jak my), gotowane w slowcookerze potrawy, które przez cały czas pyrkają sobie w kąciku kuchni, gotowe do zjadania, filmy w telewizji (oglądanie kanału pogodowego jest narodowym sportem w tym czasie) oraz Internet (media społecznościowe są aż gorące od zdjęć śniegu i marudzenia na pogodę!), telefony do znajomych, żeby spytać czy wychodzili za próg… Oraz sprawdzanie co 5 minut czy wydział edukacji ogłosił już następny dzień śnieżnym, czy też nie (najczęściej dzwonią o 5 nad ranem z informacją, że jednak nie ma szkoły, co wielu rodziców doprowadza do szewskiej pasji). Aż pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, śnieg zaczyna znikać, żeby następnego dnia zastąpiła go wiosna. I zostaje tylko wspomnienie horroru, jaki spotkał okolicę w postaci śniegu i mrozu.

Pozdrowienia z gorącego Nashville od naszego wegetariańskiego gościa (nos z marchewki, oczy z brokułów, usta i uszy z fasolek – nie przygotowałam zawczasu na budowę bałwana)

Gość przed oknem

 

Wpis powstał w ramach projektu „Jak przetrwać zimę?” organizowanego przez Klub Polek na Obczyźnie. Jeśli chcecie poczytać jak poradzić sobie z mrozem z Holandii, znajdziecie go u Ewy na http://www.owsiankaikawa.pl/2016/02/norweski-sposob-na-zime.html a na następny wpis o zimie zapraszam do Doroty http://kroplaarganu.blogspot.com . W międzyczasie jeszcze możecie poczytać co nieco o duchach w Tajlandii u Ani http://czekolada-z-farszem.blogspot.com/2016/03/duchy-w-tajlandii.html, a jutro coś strasznego pojawi się u Julii whereisjuli.com.

Do czego nie mogę się przyzwyczaić w Nashville

Biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich dni, cieszę się, że zdecydowaliśmy się nie przeprowadzać się do żadnej stolicy ani miejscowości strategicznej. Bo któż chciałby atakować Nashville? Chyba tylko ktoś, kto naprawdę nie lubi country i smażonego kurczaka. Może osobiście nie jestem wielką fanką country, może nie znam zbyt wielu artystów (zwłaszcza młodszych niż Dolly Parton i Willie Nelson, których mój Tato bardzo lubił), ale myślę, że z czasem polubię ją bardziej, bo to jednak bardzo duża część tutejszego życia, od celebrytów począwszy, przez ubrania, a na jedzeniu kończąc. Jednak jest kilka rzeczy, do których się jeszcze nie przyzwyczaiłam i nie wiem czy uda mi się to zrobić, mimo że mieszkam tu zaledwie kilka miesięcy. Rzeczy te dotyczą głównie Nashville i Tennessee, nie całych Stanów Zjednoczonych, co jest bardzo ważnym stwierdzeniem, gdyż tak jak Włoch różni się od stereotypowego Niemca czy Fina, tak człowiek z południa różni się od tych w północy, wschodu i zachodu.

Zacznijmy więc od najprostszego. System miar, wag, temperatur i tak dalej. Nie wiem ile czasu zajmie mi zrozumienie dlaczego Farenheit nie lubił ludzi i wymyślił takie dziwadło. Przeliczanie z C na F jest dla mnie czymś nieosiągalnym. Odejmij 30, podziel przez ileś tam, zaokrąglij i masz mniej więcej rozeznanie jak ciepło jest na dworze. Otóż nie. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Z takich obliczeń wychodzi mi jedynie, że jest albo super gorąco albo ekstremalnie zimno. Próbuję nauczyć się tego na pamięć, 100 F to temperatura człowieka, a 32 to zero, ale wszystko pośrodku to nie wiadomo co. O ile zapamiętałam już, że mając w domu klimatyzację, ustawiam ją pomiędzy 72 a 75 (po latach marznięcia, należy mi się odrobina ciepła), o tyle powiedzenie mi, że na dworze jest 55 stopni jest dla mnie tym samym, co próba tłumaczenia mi „dlaczego sztuka współczesna nas zachwyca”. Co wiąże się także z innymi miarami, gdyż przeliczanie z kg na lb, kubki, metry na cale, stopy itd., to istna mordęga. Doszłam do tego, że zapamiętałam swój wzrost, wagę, dane córki, żeby tylko nie musieć za każdym razem przeliczać ile tego jest i dlaczego. A i tak nadal ciężko mi zapamiętać ile cali wchodzi na stopę i jak dużego mieszkania szukam w stopach kwadratowych.

Udało mi się natomiast zrozumieć dlaczego w przepisach ilość masła podawana jest w łyżkach stołowych i wbrew pozorom ma to sens, ale tylko w USA. Otóż tutejsze masło do pieczenia jest nie tylko pakowane standardowo w papier i pudełko, ale ono jest przekrojone na 4 kawałki (sticks), każdy zawinięty w osobny papier z podziałką na 8 części, oznaczających właśnie te łyżki. Teraz już wiem, że jedna łyżka stołowa masła to w tutejszych warunkach jedna kosteczka, ale w Europie musiałabym już odpowiednio kroić całą kostkę, żeby wykroić odpowiednią ilość. Amerykanie chyba kochają matematykę, a do tego mi będzie się ciężko dostosować.

Inną rzeczą, która jest szalenie miła, ale dla kogoś, kto spędził ostatnie 10 lat na północy Europy nieco deprymujące, jest przyjazność i przyjacielskość ludzi. To niesamowite jak bardzo ci ludzie starają się pomóc, pocieszyć, choćby rzucić dobre słowo na dzień dobry, albo zwyczajnie się uśmiechnąć. Moją pierwszą reakcją na tego typu zachowanie była myśl „świr?!”, potem „brudna jestem??”, następnie „to mój sąsiad/roznosiciel gazet/nauczyciel ze szkoły/rodzic z klasy córki/ktoś z „kościoła”, a ja nie poznałam???”. Teraz już wiem, to po prostu człowiek, który akurat szedł tą samą ulicą w tym samym czasie co ja. Niesamowite, jak bardzo poprawia człowiekowi nastrój poranny uśmiech i pomachanie ręką przez bezdomnego, który próbuje sprzedać gazetę na rogu. Jak dziwnie człowiek się czuje, gdy obcy pyta „jak mi leci”, „czy wszystko w porządku”, „czy może jakoś pomóc”. I to się udziela. I to jest wspaniałe. Ale w dalszym ciągu mnie zaskakuje i chyba jeszcze długo nie przyzwyczaję się do tej ich radości, choćby była tylko na pozór.

Następny temat rzeka to rozmiar. To zapewne jest wspólne dla wielu stanów, ale tak czy inaczej jest dla mnie dziwne. Rozmiar jedzenia, rozmiar ubrań, rozmiar pomieszczeń, rozmiar samochodów, rozmiar wszystkiego. Obecnie wynajmujemy dom od profesora z Męża pracy. Dom jest wielki. Co prawda rodzina, która tu normalnie mieszka, liczy 5 osób, ale gdy kupowali była ich 4. A i to nie tłumaczy po co im 3 piętra! 3,5 łazienki (3 pełne i jeden kibelek z ubikacją) dla 5 osób. Kuchnia, jadalnia i salon wielkości dużego mieszkania w Polsce. W kuchni jest wyspa, której środka nie jestem w stanie sięgnąć ręką z żadnej strony, jeśli coś mi się potoczy to już tam leży dopóki nie wejdę na krzesło, żeby to jakoś sięgnąć… Jedzenie w restauracji to też walka z rozmiarem. Nic dziwnego, że Tennessee jest 4 pod względem otyłości mieszkańców w kraju, skoro porcja kurczaka na jedną osobę w restauracji to pół ptaka, a do tego jeszcze 2 lub 3 dodatki. A przystawka? Deser? Kubek smoothie w rozmiarze dziecięcym to 12 oz, czyli (tu sprawdzam w Internecie) prawie 355 ml. Półtorej szklanki! Dorosły w tym czasie dostaje co najmniej 20 oz, czyli prawie 600 ml! I to jest mały napój! Mój żołądek tyle nie mieści. Pizza średnicy koła młyńskiego to też standard. Zamawiam więc pół porcji, albo dziecięcą, albo zamawiamy dwie porcje na 3 osoby. Można by zlikwidować głód na świecie, wyłącznie obcinając porcje jedzone tutaj. A skoro już rozmiar, to ubrania. Jeśli ktoś zje tyle jedzenia, to potem musi się w coś zmieścić. Tu akurat radość moja jest niesamowita, gdyż zeszłam ze swojego rozmiaru europejskiego o co najmniej dwa! Co prawda tylko w nazwie, ale zawsze to dużo lepiej brzmi, gdy ktoś pyta o rozmiar koszulki 😉

A skoro już o jedzeniu mowa… Herbata! No nie dam rady się przyzwyczaić do zimnej, słodkiej herbaty. Herbaty powinno być dużo, tu się zgadzam z tubylcami. Ale nie z lodem i nie z cukrem! Nawet nie ze słodzikiem, stevią, xylitolem czy co oni jeszcze do tego dorzucają. Nie, po prostu nie. O ile mogę zrozumieć potrzebę picia zimnej herbaty latem, o tyle jesienią to już przesada, a strach pomyśleć o zimie. Ale ten cukier! Cukier we wszystkim! Jak nie cukier to słodzik, jak nie słodzik, to naturalny produkt słodzący, melasa, miód, słód, jakieś brązowe paciaje, cuuuukieeeer! Dlatego pamiętaj turysto, jeśli nie chcesz pić lodowatej herbaty ze skandaliczną ilością cukru, poproś o wodę. Wodę bez lodu. Wyjdziesz na dziwaka, ale za to nie wykręci Cię od słodkości i nie zamrozi od środka. A jak chcesz dostać normalnej, gorącej, mocnej, czarnej herbaty w Nashvillu, to przyjdź do nas 😉

Temat piąty, który ciężko mi ująć jednym hasłem. Chodzi mi o to, ile się tu dzieje. Po 2 latach w Finlandii, gdzie nasze plany weekendowe ograniczały się do sprawdzenia czy w ogóle coś się dzieje w mieście, tutaj moje plany na weekend z reguły stanowią wyzwanie w drugą stronę. No bo jeśli w tym samym czasie są targi żywności regionalnej, na których można spróbować produktów z okolicznych farm, znajomi zaprosili nas na grilla czy basen, obiecałam córce wypad do sali zabaw, a jeszcze muszę zrobić zakupy, bo w lodówce prawie pusto (poza kilkulitrowym słojem majonezu, 3,5 litrową butlą mleka i dynią, z którą nie wiem co zrobić). Nie wspominam tu oczywiście o sprawach naturalnych jak pięć koncertów supergwiazd, 30 koncertów mniej znanych gwiazd, 120 koncertów debiutantów oraz koncercie znajomego, na który zaprosił nas kilka miesięcy wcześniej. Kino? Teatr? Przyjęcie? Noc strachów w muzeum?  A może po prostu wpadniecie do nas? Albo uda mi się wreszcie pojechać i kupić córce koszulki z długim rękawem albo sweter, bo temperatura jednak nieco spadła w ostatnich dniach, do szalonych 60 F (co po konsultacji z Internetem należy rozumieć jako 15 C).

Jako ostatnie wymienię rzecz bardzo nie poprawną politycznie. A mianowicie nie przyzwyczaję się chyba do roszczeniowości części społeczeństwa. Nie chcę pisać, że chodzi mi o wszystkich Amerykanów afrykańskiego pochodzenia, ale spora większość z tych, z którymi się spotkałam w urzędach po prostu żąda. I swoje żądania opiera wyłącznie na wizji, że skoro jego praprzodek został zmuszony, żeby tu przyjechać, to jemu się należy. Nie przyzwyczaję się, nie ma szans. Jest to dla mnie nie do pojęcia jak bardzo można się czegoś domagać i jak bardzo biali ludzie ustępują w tej kwestii. Żadna inna nacja, żadni inni emigranci, nie domagają się tak, jak to robią Murzyni jako grupa. Znam kilkoro ciemnoskórych, którzy są bardzo mili, bardzo przyjaźni, ale jako grupa lub gdy wydaje im się, że czegoś nie dostali, to w temat wtrącany jest kolor skóry, rasizm i nietolerancyjność. Czasami mam wrażenie, że to biali są tutaj traktowani rasistowsko przez Murzynów. To jest wielki problem tutaj, który zdaje się być zamiatany pod dywan, żeby tylko wydawało się, że jest dobrze.

Na pewno jest jeszcze wiele rzeczy, do których wydaje mi się, że się nie przyzwyczaję. Na pewno jeszcze nie raz pomyślę „u nas było inaczej”. Na pewno jeszcze tysiąc razy stwierdzę, że w urzędach pracują same matołki, a imigranci mają tu przechlapane. Ale na pewno nie powiem, że to kraj bez możliwości, kraj smutnych ludzi, kraj w którym tylko ciągle są strzelaniny i ludzie giną. Bo ludzie tutaj są przyjaźni. I te dzieciaki, które rzucają się w ramiona nauczycieli, bo mogą, bo im ufają, bo nauczyciel czy ktokolwiek w szkole jest dla nich dobry. I te maluchy, które podchodzą w parku i zagadują. I te starsze dzieciaki, które pytają skąd jestem, bo mam fajny akcent. I dorośli, którzy przyjęli nas z otwartymi ramionami, obwozili po sklepach, gdy nie mieliśmy jeszcze samochodu, pokazywali nam co i gdzie zjeść, za ile kupić, co warto a czego nie. Ludzie południa to skarb, cokolwiek powiedzą ludzie z innych rejonów 😉

 

 

Ten tekst powstał w ramach jesiennego projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Dedykujemy go akcji „AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM” – Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Na chwilę obecną brakuje 35 tys. Jeśli podoba Ci się nasz projekt, bardzo prosimy o wsparcie akcji dowolną kwotą. Więcej informacji: https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

Dwa miesiące za oceanem

To już ponad dwa miesiące odkąd sprowadziliśmy się do Nashville a ja nadal nie mam czasu opisać co się dzieje i jak tu jest. Tyle rzeczy chciałabym zapisać dla samej siebie, żeby potem pamiętać, żeby sobie móc przypomnieć jak było. A wszystko umyka razem z czasem.

Powoli przystosowujemy się do rytmu życia. Pobudka, szkoła, praca, wolontariat, kluby po szkole, świetlica, dom, podlać ogród, kąpiel, sen. W weekendy wypady w różne miejsca, na festyn, do Zoo, zrobić zakupy na tydzień, pójść na spotkanie „kościoła”, pojechać do znajomych na grilla czy na basen, pójść do parku z dzieciakami z klasy. Tyle opcji, coś trzeba wybierać, coś odrzucać, coś przelatuje koło nosa, bo za późno sprawdziłam. Leniwe weekendy z Finlandii wydają się nudnym wspomnieniem, tu nie ma czasu na nudę, tu trzeba iść, zobaczyć, spotkać, kupić, zrobić. Jeszcze nie mieliśmy czasu zapisać się do biblioteki, która jest po drugiej stronie parku przy którym mieszkamy. Nie było czasu pojechać do ogrodu botanicznego, w którym dzień jest jednym z najciekawszych sposobów spędzania weekendu . Nie byliśmy w najbardziej turystycznych miejscach, nie mamy kiedy. Czas mknie, a ja zaczynam się bać, że nie zobaczymy wszystkiego co warto. A kiedy na kemping? Kiedy pojedziemy w góry? A kiedy do parku wodnego? Lato się kończy, a tyle jeszcze do zobaczenia, zanim jesienny wiatr zdmuchnie wszystkie liście z drzewa i będę musiała cały dzień grabić ogród. Różnica między powolną Finlandią a wiecznie spieszącą się Ameryką jest kolosalna. 

Łączy je biurokracja. Ale ona chyba łączy wszystkie państwa na świecie. Załatwienie czegoś szybko jest niewykonalne. Może to kwestia ilości ludzi, którzy chcą załatwić to samo w tym samym czasie. A może fakt, że jesteśmy na południu i urzędnicy czasem stosują przysłowiowe latynoskie „jutro”. Nie wiem. Faktem jest, że załatwienie tymczasowego papierka o posiadaniu tymczasowego prawa jazdy zajęło mi dużo czasu, trzy tygodnie czekania aż wpiszą mnie do systemu, a teraz jeszcze 1,5 miesiąca czekania na egzamin praktyczny. Pozwolenie na pracę być może będzie w ciągu najbliższych 3 miesięcy, o ile czegoś się nie dopatrzą. A potem jeszcze szukanie pracy i wdrożenie się w nią. Oby się nie okazało, że pójdę do pracy na miesiąc i nasz czas tutaj się skończy.

W grudniu następna przeprowadzka. Wydaje się to tak odległe, ale wiem, że to kwestia mrugnięcia okiem. Dwa miesiące przeleciały błyskawicznie, następne 4 to tylko odrobina więcej. W międzyczasie goście, ferie szkolne, zajęcia z różnych dziedzin. Zupełnie zapomniałam, że zapisałam się na kolejne studia. Dużo rzeczy mi umyka, dużo rzeczy mnie omija, nie wszystko ogarniam. Ale staram się. Staram się polubić to miejsce, staram się zrozumieć jak tu wszystko działa, staram się nie porównywać za mocno, ale też nie przyzwyczajać się za szybko. Jest inaczej. Wielu rzeczy mi brakuje, wiele rzeczy mnie zadziwia, wiele rzeczy mam w nadmiarze. Inaczej niż w Europie. Nawet nie niż w Polsce, Szwecji czy Finlandii, ale niż w całej Europie.

I ciągle jeszcze mam problemy z czasem i miarami. Ponoć kiedyś się człowiek przystosowuje, ale czy będę tu tak długo, żeby być w stanie bez zająknięcia i liczenia odpowiedzieć córce na pytania za ile stóp będzie zakręt i ile galonów mleka ma wlać do ciasta, oraz dlaczego 60 F to mniej niż 40 C.

Jedyne takie miejsce

Ten post powstał w ramach projektu wakacyjnego Klubu Polki na Obczyźnie

Jedno ukochane miejsce, tylko tyle mogę dzisiaj opisać w tym tekście. Jedno miejsce, z którym łączy mnie coś większego, coś ważniejszego, coś co sprawia, że wracam tu z radością kiedy tylko mogę. Jedno miejsce, to trudny wybór. Na szczęście zasady nie określają jak wielkie jest to miejsce, więc powiem tylko jedno słowo.

Łódź.

Miasto, które można albo kochać, albo nienawidzić. Brudne, szare, choć „czerwone”, pełne biedy, i właściwie niczego do zwiedzania. Miasto, które uważane jest za młode, choć oficjalnie w tym roku obchodzi 572 urodziny. Ot, Piotrkowska i tyle. Niektórzy, bardziej zorientowani, powiedzą może jeszcze Manufaktura. Tyle tylko wiedzą ci, którzy tego miasta nie znają.

Piotrkowska, parada starych samochodów
Piotrkowska, parada starych samochodów
Piotrkowska
Piotrkowska

Dla mnie jest to miasto pałaców fabrykanckich, historii włókiennictwa, bankructw i pożarów, tragedii i radości. Miasto, w którym tworzył Julian Tuwim czy Artur Rubinstein. Miasto, z którego pochodzi Leon Niemczyk, Jan Machulski, Stefan Jaracz, Marek Edelman, Jan Karski, Andrzej Sapkowski, Piotr Pustelnik, i miliony innych ludzi. To miasto, które pokazywał mi Tato, swego czasu przewodnik po Łodzi, kiedy otwierał mi oczy na piękno schowane za obskurnymi tynkami i popękanymi bramami. Mogłabym godzinami opowiadać o bohaterach miasta, fabrykantach, dzięki którym miasto urosło i stało się potęgą włókienniczą, jak rodziny Izraela Poznańskiego, Karola Scheiblera, Henryka Grohmana, Ludwika Geyera, czy też Biedermannowie, Kindermannowie, Herbstowie, żeby wymienić tylko kilku.

Pałac i fabryka Izraela Poznańskiego
Pałac i fabryka Izraela Poznańskiego

Obecnie Łódź powstaje z popiołów. Po załamaniu gospodarki, po utracie kontraktów z ówczesnym ZSRR, wraz z rozwojem kapitalizmu w całej reszcie kraju, Łódź zaczęła umierać. Szukała swojego nowego stylu, szukała sposobu na powstanie i wygląda na to, że powoli wychodzi na prostą. Bo Łódź ma swoją dumę, Łódź wstaje. Bo Łódź jest kobietą, która daje sobie radę. W to wierzą prawdziwi Łodzianie. „Nikt za Ciebie nic nie zrobi, nikt Ci nic nie da, jesteś z Łodzi, przyzwyczaj się” – takie zdania słyszałam od dzieciństwa i w takich realiach żyło całe miasto. Bo Łódź jest silna. Władysław Reymont pisał „Łódź się budziła” i robi to nadal.

Pasaż Róży orzy Piotrkowskiej 3
Pasaż Róży orzy Piotrkowskiej 3

Za co kocham to miasto? Za duszę, za bycie moim miastem, tym w którym się wychowałam. Za jego historię, za piękno, które nie jest łatwe do zobaczenia. Jeśli dobrze patrzysz, to w miejscu odrapanych budynków zobaczysz czasy, gdy ludzie nie zważali na wygląd, ale na przeżycie i wychowanie dzieci na ludzi lepszych niż oni sami. Zobaczysz ludzi, którzy pracowali na 3 zmiany, spali na jednym sienniku całą rodziną, gdyż nigdy nie spali jednocześnie. Popatrz w bok, a zobaczysz pałac. Nie jest to jednak pałac książęcy, to pałac człowieka, którego stać na wybrukowanie sobie posadzki monetami na sztorc, którego stać na wszystkie style architektoniczne w jednym pomieszczeniu, to pałac człowieka, który się dorobił na bawełnie czy wełnie. Tam obok postawił szkołę dla dzieci swoich pracowników, a tu z drugiej strony zbudował im domy, żeby mieli blisko do pracy. A tam, za zakrętem jest szpital, jaki im dał, żeby nie chorowali. A widzisz ten drugi ciąg? Tam, na końcu drogi jest straż pożarna, na wypadek, gdyby coś się złego działo w jego mieście. Obok kolejna szkoła, i szpital, i przychodnia. A tu park, żeby ładnie było. Bo on też kochał to miasto i tych ludzi. Biednych ludzi, którzy u niego tracili zdrowie i życie, ale którzy mimo to byli szczęśliwi, bo wierzyli, że ich dzieciom będzie lepiej. I było, bo mogły iść do szkoły, leczyć się u lekarza, a życia uczyli się na ulicy, wśród sobie podobnych, a potem podnosili głowy i budowali swoją fabrykę i produkowali swoje dobra, aby ich dzieci miały jeszcze lepszy start. Choć nie wszystkim się udawało, jak to w życiu.

SONY DSC
Tramwaj na rogu Zachodniej i Legionów

Moja Łódź jest piękna. Nie tylko dlatego, że jest moja. Ona jest piękna obiektywnie, tylko trzeba umieć na nią popatrzeć przez pryzmat historii. A za kilka lat, mocno w to wierzę, moja Łódź będzie piękna bez pryzmatów, po prostu odzyska swój dawny czar i bogactwo, gdy już wszystkie remonty się skończą i życie wróci do normy.

Łódź zbliża ludzi
Łódź zbliża ludzi
Miś Uszatek zaprasza do Łodzi
Miś Uszatek zaprasza do Łodzi

 

Łódź słowami Tuwima: https://www.youtube.com/watch?v=u2KPaaQfY9Q

(wersja pełna: https://www.youtube.com/watch?v=1U1bNNdqhXo)

Gdy będziecie mieli chwilę czasu, wpadnijcie do Łodzi. Przejdźcie się całą Piotrkowską i ulicami dookoła, wstąpcie na Księży Młyn, idźcie do Parku Śledzia albo podjedźcie na Zdrowie, zróbcie zakupy na Bałuckim Rynku, wejdźcie do pubów na piwo czy sok, zjedzcie coś pysznego w jednej z setek restauracji w centrum, pójdźcie pobawić się w OFF’ie albo po prostu jak każdy zakupoholik pojedźcie do Manufaktury albo do Portu. Na pewno coś się dla Was znajdzie. A jak braknie Wam pomysłu, to dajcie znać, a ja Wam powiem gdzie kryją się prawdziwe skarby tego miasta 🙂

Weekend w Łodzi nie zaszkodzi 😉

Wakacyjny projekt dedykujemy akcji „AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM” – Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Na chwilę obecną brakuje 35 tys. Jeśli podoba Ci się nasz projekt, bardzo prosimy o wsparcie akcji dowolną kwotą. 

Więcej info: https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

Zmiany w życiu

Chciałabym móc powiedzieć, że wszystko jest tak, jak miało być. Że nie zmieniło się nic, albo że jedyna zmiana to miejsce zamieszkania. Niestety los nie lubi planów, a co za tym idzie przytrafiają się nam rzeczy, które nie powinny. A przynajmniej nie powinny w tym czasie, bo trudno żeby każdy żył wiecznie. Na pewne wydarzenia nie jest się gotowym, co zostało mi ostatnio udowodnione w sposób dosyć dotkliwy. Myślałam, że po przeprowadzce do Nashville będę wysyłać Rodzicom zdjęcia, opowiadać jak tu fajnie, podsyłać Tacie odkrytą muzykę. Wyszło jak wyszło i teraz w pewnym sensie Tata towarzyszy mi w moim poznawaniu. A przynajmniej wierzę, że Jego energia  otacza nas dookoła i że podoba mu się to, co widzi.

A nasze życie toczy się dalej. Pomimo wcześniejszego niż zaplanowany wyjazdu z Finlandii, jakoś daliśmy radę ze spakowaniem, sprzedaniem i przewiezieniem naszego mienia z Finlandii do Polski (głównie dzięki Mężowi). Spakowaliśmy 3 duże walizki, 3 małe walizki i 3 plecaki i wyruszyliśmy za Wielką Wodę rozpocząć nowy etap życia. Dziś jest drugi dzień naszego pobytu i jak na razie nie jest źle. Widziałam niewiele, choć z drugiej strony całkiem sporo jak na niezmotoryzowaną trójkę w wielkim kraju. Powoli odkrywamy nasze nowe miasto, wyszukujemy dobre restauracje, odkrywamy tajemnice Nashville i przede wszystkim upewniamy się, że bez samochodu nic tu nie zdziałamy.

Odkryliśmy ciekawą formę przemieszczania się po mieście. Po wyprawie autobusowej do Walmarta i godzinnym czekaniu na taksówkę, Mąż uruchomił Lyft. Jeśli macie możliwość skorzystać z czegoś podobnego, warto. Kilka „ruchów” w aplikacji i po chwili jechaliśmy z centrum do domu. Bez dzwonienia, proszenia się, wysłuchiwania, że godzina szczytu i że dużo zamówień. Samochód podjechał, pan był przesympatyczny i bez problemów zabrał nas tam, gdzie chcieliśmy. Jak się chce, to można. Warto czasem poznać alternatywy dla taksówki, zwłaszcza jeśli się nie zna miasta, nie ma samochodu i ma bardzo zmęczoną i marudną pięciolatkę przy sobie.

A tutaj kilka zdjęć z dzisiejszego wypadu do miasta. Jest zdecydowanie inne niż te, w których do tej pory mieszkaliśmy, ale to akurat jest dobre 🙂

Nashville

Uliczny grajek

Nashville
Broadway w Nashville
Nashville
Flagi
Nashville
Nashville
Nashvile
Mapa centrum
Nashville
Loża Masońska
Nashville
„Batman”
Nashville
Uliczna artystka

TOP 5 ukochanych miejsc w Finlandii

Poniższy wpis powstał w ramach majowego projektu Klubu Polki na Obczyźnie

Na hasło „Finlandia” wszyscy jednym głosem odpowiadają czystość, spokój, przyroda. I mają rację, bo w sumie to są elementy, które ten kraj promuje. Oczywiście, są jeszcze Angry Birds i Nokia, a ostatnio Microsoft i gry na smartfony, ale poza tym to właśnie cisza i przyroda wybijają się na pierwsze miejsca. Dziś chciałam pokazać miejsca, które według mnie są fińskie i które dla mnie są miejscami odpoczynku. Wbrew pozorom nie będzie o saunie, której w dalszym ciągu nie lubię czy o zimowych nartach biegowych i letnich kijkach, które mimo najszczerszych chęci nie zostały moimi sportami. Dziś będzie o pięciu miejscach, które uważam za moje ulubione. Nie ukochane, bo takich nie mam, ale takie, do których wracam, czy to myślami czy fizycznie. 

1. Turku (po szwedzku Åbo)

Miasto w południowo-zachodniej części kraju i dawna stolica Finlandii. Moim zdaniem najpiękniejsze i najbardziej wyluzowane miasto, taki tutejszy Kraków.Katedra w Turku

Jest piękna katedra, zamek, kilka uniwersytetów (w tym jedyny w kraju szwedzkojęzyczny) i wiele atrakcji turystycznych, i całorocznych, i sezonowych, jak Targ Świąteczny czy Średniowieczny, które łatwo znaleźć w każdym przewodniku.

Dla mnie Turku, czy też Åbo, to przede wszystkim mój pierwszy zagraniczny dom. To miejsce, gdzie zamieszkałam z obecnym Mężem po raz pierwszy, to dom, do którego przyszła nasza kocica, to region, w którym uczyłam się co to znaczy być obcym. Turku Pierwsze samodzielne kupowanie choinki na Święta po 2 tygodniach nauki języka, pierwsze wypady do sklepu i literowanie nazw, które nic mi nie mówiły, pierwsze dni samotności, kiedy to okazało się, że nie jest łatwo znaleźć nowych znajomych wśród Finów.

Obecnie jeździmy tam sporadycznie, gdyż to jest jednak 160 km od naszego domu, ale jest świetnym miejscem kontaktowym ze Szwecją oraz innymi pięknymi miejscami.

A skoro o kontakcie ze Szwecją mowa…

2. Viking Line

Mówiąc o moich ulubionych miejscach, i zapewne wielu tubylców powie to samo, nie sposób nie powiedzieć o promach kursujących między Finlandią i Szwecją. Są dwie linie, ale ja korzystam tylko z jednej, z Wikinga. O co chodzi? O prom, który dwa razy dziennie odpływa z Helsinek (drugi jest z Turku) do Sztokholmu, przez Wyspy Alandzkie (o których za chwilę) i z powrotem. szwecja_547892489_o

Z Turku jeden prom odpływa rano, wieczorem jest w Szwecji na kilka chwil i wraca tą samą drogą do Helsinek, żeby rano wysadzić pasażerów. Z Helsinek prom odpływa wieczorem, rano wysadza pasażerów na cały dzień i wieczorem wraca do domu, żeby rano być w Helsinkach.

w-drodze-do-nowego-domku_9508991760_oZainteresowanie promami jest wielkie, gdyż jest to pływający sklep wolnocłowy, na którym można kupić tani alkohol i papierosy (akurat to nas nie bawi), wytańczyć się w nocnych klubach na pokładach, wybawić dziecko na placu zabaw oraz w miarę tanio najeść się typowych potraw na bufecie (i o to chodzi!). Do tego można pojechać do Sztokholmu czy do Mariehamn na zakupy, odpoczynek itd. Najpopularniejsze wycieczki są oczywiście w weekendy, w piątek czy sobotę wsiada się na prom, spędza dzień w Sztokholmie i wraca na poniedziałek do domu. Ale także w trakcie tygodnia prom nie świeci pustkami, gdyż jest to jedna z ulubionych rozrywek emerytów. Czy wspominałam o jednorękich bandytach i kasynie na pokładzie? Starsi ludzie potrafią godzinami tkwić przy maszynach i grać. To jeden z tych nałogów, których bardzo łatwo nabawić się w tym kraju. A i nie bez znaczenia jest sklep na promie. Wielki jak supermarket sklep wolnocłowy, w którym kupuje się rzeczy na handel albo do domowego użytku. Alkohol za niemal połowę ceny to coś na czym można nieźle zarobić w tym kraju. A wszystko dzięki Wyspom Alandzkim, czyli Archipelagowi…

3. Archipelag (zwany też Morzem Archipelagowym, fin. Saaristomeri , szw. Skärgårdshavet) i Wyspy Alandzkie (fin. Ahvenanmaa, szw. Åland )

W okolicach dawnej stolicy oraz pomiędzy Turku a Sztokholmem rozciąga się sieć wysepek. To Archipelag, ponoć największe na świecie skupisko wysp, jeśli chodzi o ich ilość. Grecja ma swoje wyspy, Brytania ma swoje, Finlandia ma też swoje. Archipelag jest jednak inny. Po pierwsze są to wyspy autonomiczne, należące do Wysp Alandzkich. Mimo tego, że przypisane do Finlandii, ale mówi się tam po szwedzku, nie ma obowiązku wojskowego, ludzie płacą inne podatki… Jest to jakby państwo w państwie. Ich historia jest fascynująca, ale skoro łatwo można ją znaleźć choćby w Wikipedii, to nie będę jej tutaj przytaczać.

szwecja_547859175_o szwecja_547858885_oZa co je lubię? Za ich dzikie piękno. Malutkie (i nieco większe) wyspy, z pojedynczymi domkami, na które dopłynąć można tylko łódką. Do większych kursują promy, na nielicznych są sklepy czy szkoły, ale większość jest albo niezamieszkana, albo czasowo zamieszkana, albo mieści się tam jedna czy dwie rodziny. Świat w miniaturce, cisza, spokój… Ciężko co prawda mówić o dzikiej naturze, skoro całą wyspę można obejść w kilka minut, dobrze jest jak na tej granitowej skale rośnie drzewo albo trawa, ale za to jest nieograniczony dostęp do wody, świeże powietrze, ryb pod dostatkiem (jeśli się łowi) i ten wszechogarniający spokój. Jak dla mnie to jest właśnie kwintesencja fińskości.

4. Jezioro Bodom (fin. Bodominjärvi, szw. Bodom träsk)

A skoro o wodzie mowa, to może czas wrócić do Helsinek, a właściwie do Espoo, i wspomnieć o miejscu, w którym spędzamy nieco czasu „na łonie natury”. SONY DSC Jezioro Bodom, szerokie na kilometr, długie na około trzy, przez niektórych zaliczany do terenu Parku Narodowego Nuuksio (szw. Noux). SONY DSCWiększość ludzi kojarzy to miejsce głównie ze słynnym morderstwem młodych ludzi z 1960, dla mnie jest to przede wszystkim piaszczysta plaża z dostępem do ciepłej wody w jeziorze, dużym placem zabaw dla córki, restauracją dla leniwych i miejscem do grillowania dla bardziej ambitnych, terenami do grania w piłkę czy też szlakami do jazdy na biegówkach, czyli miejscem gdzie możemy podjechać i spędzić kilka godzin na świeżym powietrzu niezależnie od pory roku. Jedyną niedogodnością jest to, że jest to również jedno z ulubionych miejsc spędzania czasu przez wielu Finów, więc w sezonie jest dosyć tłoczno.

5. Centrum nauki i rozrywki Heureka

A jeśli już mowa o spędzaniu czasu rodzinnie, to ostatnie z moich ulubionych miejsc będzie właśnie tego typu. Czas dla rodziny, który jednocześnie jest czasem nauki i zabawy. Położone w Vantaa, na północny wschód od Helsinek, centrum nauki i rozrywki Heureka to raj dla dużych i mniejszych. Co prawda wejście kosztuje i to nie mało, ale warto zapłacić i dać dziecku szansę zobaczenia i dotknięcia prawdziwej nauki. Doświadczenia fizyczne, mini laboratorium, szczury grające w koszykówkę, planetarium, kino w filmami Laboratoriumnaukowymi dla dzieci, no i wreszcie sezonowe wystawy, które przyciągają tłumy.

Centrum organizuje też przyjęcia urodzinowe dla dzieci, przychodzą całe wycieczki nie tylko ze szkół, ale także z przedszkola, żeby nauczyć się jak wygląda człowiek od środka, jak działa inteligentne miasto czy też (obecnie na tapecie) jak wydobywać złoto!

IglooDo tego dochodzą jeszcze sezonowe wystawy na zewnątrz, ogród ze wszystkimi skałami występującymi w Finlandii, czy z typologią roślin Linneusza, tajemniczy Park Galileusza dostępny tylko w tym sezonie… Choć wstęp kosztuje sporo, zwłaszcza jeśli idzie dwóch rodziców z jednym dzieckiem, to warto. Nie tylko dziecko spędzi tam cudownie czas, ale także geekowscy rodzice zginą na jakiś czas, budując igloo z klocków czy też strzelając do siebie powietrzną bazooką 😉

Tylko tyle, i aż tyle. Sama do końca nie byłam przekonana, czy uda mi się znaleźć aż 5 ulubionych miejsc w Finlandii, a okazuje się, że mam jeszcze pomysły na kilka innych. To bardzo cieszy, gdyż oznacza, że nie jest tu tak źle, jak mogłoby nam się wydawać 🙂 Jeśli szukacie czegoś w nieco innym stylu, polecam Rovaniemi z wioską Świętego Mikołaja i farmami reniferów, pomnik policjanta w Oulu, filia szwedzkiej kawiarni Johan och Nystrom nad morzem w Helsinkach, wyprawa promem do Tallina, dzień na wyspie Suomenlinna, albo wycieczka do jednego z wielu parków narodowych czy po prostu na łono natury. Dla każdego coś miłego 🙂

Ten projekt jest dedykowany Stowarzyszeniu Piękne Anioły.

Jeżeli spodobał Ci się mój post, możesz wesprzeć Fundację dowolną kwotą. Więcej informacji na naszym blogu: http://klubpolek.pl/?page_id=1702