Dwa miesiące za oceanem

To już ponad dwa miesiące odkąd sprowadziliśmy się do Nashville a ja nadal nie mam czasu opisać co się dzieje i jak tu jest. Tyle rzeczy chciałabym zapisać dla samej siebie, żeby potem pamiętać, żeby sobie móc przypomnieć jak było. A wszystko umyka razem z czasem.

Powoli przystosowujemy się do rytmu życia. Pobudka, szkoła, praca, wolontariat, kluby po szkole, świetlica, dom, podlać ogród, kąpiel, sen. W weekendy wypady w różne miejsca, na festyn, do Zoo, zrobić zakupy na tydzień, pójść na spotkanie „kościoła”, pojechać do znajomych na grilla czy na basen, pójść do parku z dzieciakami z klasy. Tyle opcji, coś trzeba wybierać, coś odrzucać, coś przelatuje koło nosa, bo za późno sprawdziłam. Leniwe weekendy z Finlandii wydają się nudnym wspomnieniem, tu nie ma czasu na nudę, tu trzeba iść, zobaczyć, spotkać, kupić, zrobić. Jeszcze nie mieliśmy czasu zapisać się do biblioteki, która jest po drugiej stronie parku przy którym mieszkamy. Nie było czasu pojechać do ogrodu botanicznego, w którym dzień jest jednym z najciekawszych sposobów spędzania weekendu . Nie byliśmy w najbardziej turystycznych miejscach, nie mamy kiedy. Czas mknie, a ja zaczynam się bać, że nie zobaczymy wszystkiego co warto. A kiedy na kemping? Kiedy pojedziemy w góry? A kiedy do parku wodnego? Lato się kończy, a tyle jeszcze do zobaczenia, zanim jesienny wiatr zdmuchnie wszystkie liście z drzewa i będę musiała cały dzień grabić ogród. Różnica między powolną Finlandią a wiecznie spieszącą się Ameryką jest kolosalna. 

Łączy je biurokracja. Ale ona chyba łączy wszystkie państwa na świecie. Załatwienie czegoś szybko jest niewykonalne. Może to kwestia ilości ludzi, którzy chcą załatwić to samo w tym samym czasie. A może fakt, że jesteśmy na południu i urzędnicy czasem stosują przysłowiowe latynoskie „jutro”. Nie wiem. Faktem jest, że załatwienie tymczasowego papierka o posiadaniu tymczasowego prawa jazdy zajęło mi dużo czasu, trzy tygodnie czekania aż wpiszą mnie do systemu, a teraz jeszcze 1,5 miesiąca czekania na egzamin praktyczny. Pozwolenie na pracę być może będzie w ciągu najbliższych 3 miesięcy, o ile czegoś się nie dopatrzą. A potem jeszcze szukanie pracy i wdrożenie się w nią. Oby się nie okazało, że pójdę do pracy na miesiąc i nasz czas tutaj się skończy.

W grudniu następna przeprowadzka. Wydaje się to tak odległe, ale wiem, że to kwestia mrugnięcia okiem. Dwa miesiące przeleciały błyskawicznie, następne 4 to tylko odrobina więcej. W międzyczasie goście, ferie szkolne, zajęcia z różnych dziedzin. Zupełnie zapomniałam, że zapisałam się na kolejne studia. Dużo rzeczy mi umyka, dużo rzeczy mnie omija, nie wszystko ogarniam. Ale staram się. Staram się polubić to miejsce, staram się zrozumieć jak tu wszystko działa, staram się nie porównywać za mocno, ale też nie przyzwyczajać się za szybko. Jest inaczej. Wielu rzeczy mi brakuje, wiele rzeczy mnie zadziwia, wiele rzeczy mam w nadmiarze. Inaczej niż w Europie. Nawet nie niż w Polsce, Szwecji czy Finlandii, ale niż w całej Europie.

I ciągle jeszcze mam problemy z czasem i miarami. Ponoć kiedyś się człowiek przystosowuje, ale czy będę tu tak długo, żeby być w stanie bez zająknięcia i liczenia odpowiedzieć córce na pytania za ile stóp będzie zakręt i ile galonów mleka ma wlać do ciasta, oraz dlaczego 60 F to mniej niż 40 C.

Propagując dwujęzyczność u dzieci

Po raz pierwszy pokusiłam się o napisanie tutaj czegoś na czyjąś prośbę. Owszem, pisałam już dla Klubu Polki, ale teraz chodzi o coś nieco innego. O pewnego rodzaju reklamę, a właściwie recenzję. Na początku zaznaczę jednak, że nie jest to “zlecenie płatne”, bo w sumie poza samym produtem nie dostałam nic, a i produkt to po prostu robocza wersja książki w pdf. A jednak zgodziłam się, bo temat jest mi bliski i myślę, że znajdzie się więcej osób, którym książeczka może w jakiś sposób pomóc.

Ale wracając do sedna. Chodzi o książkę autorstwa Laury Caputo-Wickman z rysunkami Pameli Goodman „A fish in a foreign waters. A book for bilingual children”. Jako, że sami staramy się wychować naszą córkę dwujęzycznie, co nam średnio wychodzi, to książeczka jest jakby stworzona dla nas. Opowiada ona historię małej rybki, która z powodu zmiany pracy taty, przeprowadza się do innej zatoki. Książka jest w całości po angielsku, co akurat dla mnie stanowi plus, gdyż córka preferuje ten język, jednak fajnie by było zobaczyć ją także w innych językach w przyszłości. Rymowany tekst i delikatne kolorystycznie obrazki są tym, co moja córka bardzo lubi. Dodatkowo fakt, że całość dzieje się w morzu jest idealne dla mojej miłośniczki zwierząt. Na pewno o wiele przyjemniej czyta się ją w formie książkowej niż na ekranie w formie roboczej, ale niestety tylko taką formę dostałam. Postaram się zdobyć książkę w jakiejś księgarni czy bibliotece i wtedy poczytamy razem wieczorem na dobranoc. Na razie nie wiem nawet czy książka ma twardą czy miękką okładkę, ani jak duży jest format. Wiem za to co nieco o jej treści.

W samej tematyce ujęło mnie podejście do bilingualizmu. Nie jest mi obce stwierdzenie córki, że nie chce mówić po polsku, bo nikt inny nie mówi, albo bo dzieciaki pomyślą, że jest inna. Po lekturze tej książeczki możemy wrócić do naszych odwiecznych dyskusji o podwojeniu się liczby przyjaciół, o większym słownictwie i o tym, że bycie innym wcale nie jest gorsze, a wręcz przeciwnie. Bycie dwujęzycznym otwiera świat, który jest dostępny tylko tym, którzy znają język i rozumieją kulturę. Co z tego, że wszystko teraz jest tłumaczone na angielski, skoro wiele elementów akcji ucieka przez niezrozumienie lub brak wiedzy o kulturze i zwyczajach. Poznanie języka to tylko jedno z zagadnień, ale spróbowanie jedzenia, posłuchanie muzyki, dowiedzenie się czegoś o danym kraju i kulturze, to już zupełnie inna para kaloszy. Ale od czegoś trzeba zacząć, więc dlaczego nie od przeczytania dziecku książeczki i dyskusji o małej rybce, którą los rzucił na nieznane wody?

Nie chcę tutaj mówić o czym dokładnie jest książka, bo nie o to mi chodziło, gdy zgadzałam się na recenzję i pomoc w rozpropagowaniu wieści o książce. Dla mnie ważniejsze jest to, że takie książki są potrzebne. W czasach, gdy emigracja w Polsce (z Polski) jest ważnym zagadnieniem, jakoś umyka nam, suchającym wiadomości fakt, że to nie tylko dorośli wyjeżdżają, ale także dzieci, które muszą się jakoś odnaleźć w nowej rzeczywistości. I o ile wydaje mi się, że dla mojej córki jest to łatwiejsze zadanie, bo całe życie się przeprowadzamy z miejsca na miejsce, o tyle istnieje bardzo duże grono dzieci, które po raz pierwszy wyjeżdżają daleko od swoich przyjaciół, bliskich, kolegów ze szkoły czy przedszkola i nie bardzo rozumieją dlaczego i z czego mają się cieszyć. Dla nich pójście do szkoły bez znajomości biegłej drugiego języka jest strasznym przeżyciem. I o tym trzeba mówić głośno, bo nie każdy rodzic zdaje sobie z tego sprawę albo nie zna ogromu stresu jaki to za sobą niesie dla dziecka. Wielu ludzi uważa, że dziecko się szybciej dostosuje, złapie język i będzie śmigać, znajdzie przyjaciół od razu, bo to przecież dziecko, i tak dalej. Znam te wszystkie komentarze z własnego doświadczenia, ale także moje własne doświadczenie mówi mi jak ciężko jest takiemu dziecku w nowym środowisku, którego nie tylko nie zna, ale też nie rozumie. Rodzicu, zanim wyjedziesz, porozmawiaj ze swoim dzieckiem o jego czy jej lękach związanych z wyjazdem do obcego kraju z obcym językiem. Przygotuj dziecko na to, że w nowej szkole będzie się uczyć w innym języku, a jego rodzimy będzie dla innych czymś niezrozumiałym. Spróbuj zrozumieć, że on czy ona też mają swoich przyjaciół na miejscu, mają swoje życie i że decydując się na wyjazd wyrywasz go z obecnego środowiska. Przygotuj dziecko, rozmawiaj, czytaj, wysłuchaj co ma do powiedzenia na ten temat i postaraj się zrozumieć, że Twoja chęć ułatwienia mu startu czy życie na lepszym poziomie, to dla niego ogromny stres i strach. Ale jednocześnie ogromna przygoda i lekcja życia, której nie każdy ma dane zakosztować. To od Ciebie, Rodzicu, w dużej mierze zależy jak dziecko będzie nastawione do emigracji i do nowej sytuacji. Przygotuj się dobrze, bo to nie będzie łatwa rozmowa. Ale warto ją odbyć.

Jedyne takie miejsce

Ten post powstał w ramach projektu wakacyjnego Klubu Polki na Obczyźnie

Jedno ukochane miejsce, tylko tyle mogę dzisiaj opisać w tym tekście. Jedno miejsce, z którym łączy mnie coś większego, coś ważniejszego, coś co sprawia, że wracam tu z radością kiedy tylko mogę. Jedno miejsce, to trudny wybór. Na szczęście zasady nie określają jak wielkie jest to miejsce, więc powiem tylko jedno słowo.

Łódź.

Miasto, które można albo kochać, albo nienawidzić. Brudne, szare, choć „czerwone”, pełne biedy, i właściwie niczego do zwiedzania. Miasto, które uważane jest za młode, choć oficjalnie w tym roku obchodzi 572 urodziny. Ot, Piotrkowska i tyle. Niektórzy, bardziej zorientowani, powiedzą może jeszcze Manufaktura. Tyle tylko wiedzą ci, którzy tego miasta nie znają.

Piotrkowska, parada starych samochodów
Piotrkowska, parada starych samochodów
Piotrkowska
Piotrkowska

Dla mnie jest to miasto pałaców fabrykanckich, historii włókiennictwa, bankructw i pożarów, tragedii i radości. Miasto, w którym tworzył Julian Tuwim czy Artur Rubinstein. Miasto, z którego pochodzi Leon Niemczyk, Jan Machulski, Stefan Jaracz, Marek Edelman, Jan Karski, Andrzej Sapkowski, Piotr Pustelnik, i miliony innych ludzi. To miasto, które pokazywał mi Tato, swego czasu przewodnik po Łodzi, kiedy otwierał mi oczy na piękno schowane za obskurnymi tynkami i popękanymi bramami. Mogłabym godzinami opowiadać o bohaterach miasta, fabrykantach, dzięki którym miasto urosło i stało się potęgą włókienniczą, jak rodziny Izraela Poznańskiego, Karola Scheiblera, Henryka Grohmana, Ludwika Geyera, czy też Biedermannowie, Kindermannowie, Herbstowie, żeby wymienić tylko kilku.

Pałac i fabryka Izraela Poznańskiego
Pałac i fabryka Izraela Poznańskiego

Obecnie Łódź powstaje z popiołów. Po załamaniu gospodarki, po utracie kontraktów z ówczesnym ZSRR, wraz z rozwojem kapitalizmu w całej reszcie kraju, Łódź zaczęła umierać. Szukała swojego nowego stylu, szukała sposobu na powstanie i wygląda na to, że powoli wychodzi na prostą. Bo Łódź ma swoją dumę, Łódź wstaje. Bo Łódź jest kobietą, która daje sobie radę. W to wierzą prawdziwi Łodzianie. „Nikt za Ciebie nic nie zrobi, nikt Ci nic nie da, jesteś z Łodzi, przyzwyczaj się” – takie zdania słyszałam od dzieciństwa i w takich realiach żyło całe miasto. Bo Łódź jest silna. Władysław Reymont pisał „Łódź się budziła” i robi to nadal.

Pasaż Róży orzy Piotrkowskiej 3
Pasaż Róży orzy Piotrkowskiej 3

Za co kocham to miasto? Za duszę, za bycie moim miastem, tym w którym się wychowałam. Za jego historię, za piękno, które nie jest łatwe do zobaczenia. Jeśli dobrze patrzysz, to w miejscu odrapanych budynków zobaczysz czasy, gdy ludzie nie zważali na wygląd, ale na przeżycie i wychowanie dzieci na ludzi lepszych niż oni sami. Zobaczysz ludzi, którzy pracowali na 3 zmiany, spali na jednym sienniku całą rodziną, gdyż nigdy nie spali jednocześnie. Popatrz w bok, a zobaczysz pałac. Nie jest to jednak pałac książęcy, to pałac człowieka, którego stać na wybrukowanie sobie posadzki monetami na sztorc, którego stać na wszystkie style architektoniczne w jednym pomieszczeniu, to pałac człowieka, który się dorobił na bawełnie czy wełnie. Tam obok postawił szkołę dla dzieci swoich pracowników, a tu z drugiej strony zbudował im domy, żeby mieli blisko do pracy. A tam, za zakrętem jest szpital, jaki im dał, żeby nie chorowali. A widzisz ten drugi ciąg? Tam, na końcu drogi jest straż pożarna, na wypadek, gdyby coś się złego działo w jego mieście. Obok kolejna szkoła, i szpital, i przychodnia. A tu park, żeby ładnie było. Bo on też kochał to miasto i tych ludzi. Biednych ludzi, którzy u niego tracili zdrowie i życie, ale którzy mimo to byli szczęśliwi, bo wierzyli, że ich dzieciom będzie lepiej. I było, bo mogły iść do szkoły, leczyć się u lekarza, a życia uczyli się na ulicy, wśród sobie podobnych, a potem podnosili głowy i budowali swoją fabrykę i produkowali swoje dobra, aby ich dzieci miały jeszcze lepszy start. Choć nie wszystkim się udawało, jak to w życiu.

SONY DSC
Tramwaj na rogu Zachodniej i Legionów

Moja Łódź jest piękna. Nie tylko dlatego, że jest moja. Ona jest piękna obiektywnie, tylko trzeba umieć na nią popatrzeć przez pryzmat historii. A za kilka lat, mocno w to wierzę, moja Łódź będzie piękna bez pryzmatów, po prostu odzyska swój dawny czar i bogactwo, gdy już wszystkie remonty się skończą i życie wróci do normy.

Łódź zbliża ludzi
Łódź zbliża ludzi
Miś Uszatek zaprasza do Łodzi
Miś Uszatek zaprasza do Łodzi

 

Łódź słowami Tuwima: https://www.youtube.com/watch?v=u2KPaaQfY9Q

(wersja pełna: https://www.youtube.com/watch?v=1U1bNNdqhXo)

Gdy będziecie mieli chwilę czasu, wpadnijcie do Łodzi. Przejdźcie się całą Piotrkowską i ulicami dookoła, wstąpcie na Księży Młyn, idźcie do Parku Śledzia albo podjedźcie na Zdrowie, zróbcie zakupy na Bałuckim Rynku, wejdźcie do pubów na piwo czy sok, zjedzcie coś pysznego w jednej z setek restauracji w centrum, pójdźcie pobawić się w OFF’ie albo po prostu jak każdy zakupoholik pojedźcie do Manufaktury albo do Portu. Na pewno coś się dla Was znajdzie. A jak braknie Wam pomysłu, to dajcie znać, a ja Wam powiem gdzie kryją się prawdziwe skarby tego miasta 🙂

Weekend w Łodzi nie zaszkodzi 😉

Wakacyjny projekt dedykujemy akcji „AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM” – Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Na chwilę obecną brakuje 35 tys. Jeśli podoba Ci się nasz projekt, bardzo prosimy o wsparcie akcji dowolną kwotą. 

Więcej info: https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

Słodka Ameryka

Jesteśmy tu co prawda dopiero 5 dni, ale już mam pewne wnioski, które może z czasem zweryfikuję. Jednego natomiast jestem pewna. Tu jest słodko. Bardzo słodko. Zdecydowanie za słodko dla mnie. Słodka herbata, słodki chleb, Dunkin’ Donuts w bramie, słodki kurczak u „chińczyka”, kilka rodzai cukru i słodzików na stole, cukier, cukier, cukier… Słodkość wylewa się przez drzwi. Za słodko jak dla mnie. Natomiast pozytyw słodkości? Ludzie są słodcy. Pomocni, doradzający, naprawdę życzliwi w sposób miły. Po prostu słodcy 🙂 Chodzące Pluszowe Misie 🙂 Wszechogarniający cukier zabija, ale też sprawia, że czuję się tu milej widziana niż w Finlandii. Przeprowadzka z Krainy Lodu do Krainy Cukru przebiega w miarę bezboleśnie. Serce roście! (i pupy też).

12 pączków za mniej niż dolara!
12 pączków za mniej niż dolara!

Zmiany w życiu

Chciałabym móc powiedzieć, że wszystko jest tak, jak miało być. Że nie zmieniło się nic, albo że jedyna zmiana to miejsce zamieszkania. Niestety los nie lubi planów, a co za tym idzie przytrafiają się nam rzeczy, które nie powinny. A przynajmniej nie powinny w tym czasie, bo trudno żeby każdy żył wiecznie. Na pewne wydarzenia nie jest się gotowym, co zostało mi ostatnio udowodnione w sposób dosyć dotkliwy. Myślałam, że po przeprowadzce do Nashville będę wysyłać Rodzicom zdjęcia, opowiadać jak tu fajnie, podsyłać Tacie odkrytą muzykę. Wyszło jak wyszło i teraz w pewnym sensie Tata towarzyszy mi w moim poznawaniu. A przynajmniej wierzę, że Jego energia  otacza nas dookoła i że podoba mu się to, co widzi.

A nasze życie toczy się dalej. Pomimo wcześniejszego niż zaplanowany wyjazdu z Finlandii, jakoś daliśmy radę ze spakowaniem, sprzedaniem i przewiezieniem naszego mienia z Finlandii do Polski (głównie dzięki Mężowi). Spakowaliśmy 3 duże walizki, 3 małe walizki i 3 plecaki i wyruszyliśmy za Wielką Wodę rozpocząć nowy etap życia. Dziś jest drugi dzień naszego pobytu i jak na razie nie jest źle. Widziałam niewiele, choć z drugiej strony całkiem sporo jak na niezmotoryzowaną trójkę w wielkim kraju. Powoli odkrywamy nasze nowe miasto, wyszukujemy dobre restauracje, odkrywamy tajemnice Nashville i przede wszystkim upewniamy się, że bez samochodu nic tu nie zdziałamy.

Odkryliśmy ciekawą formę przemieszczania się po mieście. Po wyprawie autobusowej do Walmarta i godzinnym czekaniu na taksówkę, Mąż uruchomił Lyft. Jeśli macie możliwość skorzystać z czegoś podobnego, warto. Kilka „ruchów” w aplikacji i po chwili jechaliśmy z centrum do domu. Bez dzwonienia, proszenia się, wysłuchiwania, że godzina szczytu i że dużo zamówień. Samochód podjechał, pan był przesympatyczny i bez problemów zabrał nas tam, gdzie chcieliśmy. Jak się chce, to można. Warto czasem poznać alternatywy dla taksówki, zwłaszcza jeśli się nie zna miasta, nie ma samochodu i ma bardzo zmęczoną i marudną pięciolatkę przy sobie.

A tutaj kilka zdjęć z dzisiejszego wypadu do miasta. Jest zdecydowanie inne niż te, w których do tej pory mieszkaliśmy, ale to akurat jest dobre 🙂

Nashville

Uliczny grajek

Nashville
Broadway w Nashville
Nashville
Flagi
Nashville
Nashville
Nashvile
Mapa centrum
Nashville
Loża Masońska
Nashville
„Batman”
Nashville
Uliczna artystka

TOP 5 ukochanych miejsc w Finlandii

Poniższy wpis powstał w ramach majowego projektu Klubu Polki na Obczyźnie

Na hasło „Finlandia” wszyscy jednym głosem odpowiadają czystość, spokój, przyroda. I mają rację, bo w sumie to są elementy, które ten kraj promuje. Oczywiście, są jeszcze Angry Birds i Nokia, a ostatnio Microsoft i gry na smartfony, ale poza tym to właśnie cisza i przyroda wybijają się na pierwsze miejsca. Dziś chciałam pokazać miejsca, które według mnie są fińskie i które dla mnie są miejscami odpoczynku. Wbrew pozorom nie będzie o saunie, której w dalszym ciągu nie lubię czy o zimowych nartach biegowych i letnich kijkach, które mimo najszczerszych chęci nie zostały moimi sportami. Dziś będzie o pięciu miejscach, które uważam za moje ulubione. Nie ukochane, bo takich nie mam, ale takie, do których wracam, czy to myślami czy fizycznie. 

1. Turku (po szwedzku Åbo)

Miasto w południowo-zachodniej części kraju i dawna stolica Finlandii. Moim zdaniem najpiękniejsze i najbardziej wyluzowane miasto, taki tutejszy Kraków.Katedra w Turku

Jest piękna katedra, zamek, kilka uniwersytetów (w tym jedyny w kraju szwedzkojęzyczny) i wiele atrakcji turystycznych, i całorocznych, i sezonowych, jak Targ Świąteczny czy Średniowieczny, które łatwo znaleźć w każdym przewodniku.

Dla mnie Turku, czy też Åbo, to przede wszystkim mój pierwszy zagraniczny dom. To miejsce, gdzie zamieszkałam z obecnym Mężem po raz pierwszy, to dom, do którego przyszła nasza kocica, to region, w którym uczyłam się co to znaczy być obcym. Turku Pierwsze samodzielne kupowanie choinki na Święta po 2 tygodniach nauki języka, pierwsze wypady do sklepu i literowanie nazw, które nic mi nie mówiły, pierwsze dni samotności, kiedy to okazało się, że nie jest łatwo znaleźć nowych znajomych wśród Finów.

Obecnie jeździmy tam sporadycznie, gdyż to jest jednak 160 km od naszego domu, ale jest świetnym miejscem kontaktowym ze Szwecją oraz innymi pięknymi miejscami.

A skoro o kontakcie ze Szwecją mowa…

2. Viking Line

Mówiąc o moich ulubionych miejscach, i zapewne wielu tubylców powie to samo, nie sposób nie powiedzieć o promach kursujących między Finlandią i Szwecją. Są dwie linie, ale ja korzystam tylko z jednej, z Wikinga. O co chodzi? O prom, który dwa razy dziennie odpływa z Helsinek (drugi jest z Turku) do Sztokholmu, przez Wyspy Alandzkie (o których za chwilę) i z powrotem. szwecja_547892489_o

Z Turku jeden prom odpływa rano, wieczorem jest w Szwecji na kilka chwil i wraca tą samą drogą do Helsinek, żeby rano wysadzić pasażerów. Z Helsinek prom odpływa wieczorem, rano wysadza pasażerów na cały dzień i wieczorem wraca do domu, żeby rano być w Helsinkach.

w-drodze-do-nowego-domku_9508991760_oZainteresowanie promami jest wielkie, gdyż jest to pływający sklep wolnocłowy, na którym można kupić tani alkohol i papierosy (akurat to nas nie bawi), wytańczyć się w nocnych klubach na pokładach, wybawić dziecko na placu zabaw oraz w miarę tanio najeść się typowych potraw na bufecie (i o to chodzi!). Do tego można pojechać do Sztokholmu czy do Mariehamn na zakupy, odpoczynek itd. Najpopularniejsze wycieczki są oczywiście w weekendy, w piątek czy sobotę wsiada się na prom, spędza dzień w Sztokholmie i wraca na poniedziałek do domu. Ale także w trakcie tygodnia prom nie świeci pustkami, gdyż jest to jedna z ulubionych rozrywek emerytów. Czy wspominałam o jednorękich bandytach i kasynie na pokładzie? Starsi ludzie potrafią godzinami tkwić przy maszynach i grać. To jeden z tych nałogów, których bardzo łatwo nabawić się w tym kraju. A i nie bez znaczenia jest sklep na promie. Wielki jak supermarket sklep wolnocłowy, w którym kupuje się rzeczy na handel albo do domowego użytku. Alkohol za niemal połowę ceny to coś na czym można nieźle zarobić w tym kraju. A wszystko dzięki Wyspom Alandzkim, czyli Archipelagowi…

3. Archipelag (zwany też Morzem Archipelagowym, fin. Saaristomeri , szw. Skärgårdshavet) i Wyspy Alandzkie (fin. Ahvenanmaa, szw. Åland )

W okolicach dawnej stolicy oraz pomiędzy Turku a Sztokholmem rozciąga się sieć wysepek. To Archipelag, ponoć największe na świecie skupisko wysp, jeśli chodzi o ich ilość. Grecja ma swoje wyspy, Brytania ma swoje, Finlandia ma też swoje. Archipelag jest jednak inny. Po pierwsze są to wyspy autonomiczne, należące do Wysp Alandzkich. Mimo tego, że przypisane do Finlandii, ale mówi się tam po szwedzku, nie ma obowiązku wojskowego, ludzie płacą inne podatki… Jest to jakby państwo w państwie. Ich historia jest fascynująca, ale skoro łatwo można ją znaleźć choćby w Wikipedii, to nie będę jej tutaj przytaczać.

szwecja_547859175_o szwecja_547858885_oZa co je lubię? Za ich dzikie piękno. Malutkie (i nieco większe) wyspy, z pojedynczymi domkami, na które dopłynąć można tylko łódką. Do większych kursują promy, na nielicznych są sklepy czy szkoły, ale większość jest albo niezamieszkana, albo czasowo zamieszkana, albo mieści się tam jedna czy dwie rodziny. Świat w miniaturce, cisza, spokój… Ciężko co prawda mówić o dzikiej naturze, skoro całą wyspę można obejść w kilka minut, dobrze jest jak na tej granitowej skale rośnie drzewo albo trawa, ale za to jest nieograniczony dostęp do wody, świeże powietrze, ryb pod dostatkiem (jeśli się łowi) i ten wszechogarniający spokój. Jak dla mnie to jest właśnie kwintesencja fińskości.

4. Jezioro Bodom (fin. Bodominjärvi, szw. Bodom träsk)

A skoro o wodzie mowa, to może czas wrócić do Helsinek, a właściwie do Espoo, i wspomnieć o miejscu, w którym spędzamy nieco czasu „na łonie natury”. SONY DSC Jezioro Bodom, szerokie na kilometr, długie na około trzy, przez niektórych zaliczany do terenu Parku Narodowego Nuuksio (szw. Noux). SONY DSCWiększość ludzi kojarzy to miejsce głównie ze słynnym morderstwem młodych ludzi z 1960, dla mnie jest to przede wszystkim piaszczysta plaża z dostępem do ciepłej wody w jeziorze, dużym placem zabaw dla córki, restauracją dla leniwych i miejscem do grillowania dla bardziej ambitnych, terenami do grania w piłkę czy też szlakami do jazdy na biegówkach, czyli miejscem gdzie możemy podjechać i spędzić kilka godzin na świeżym powietrzu niezależnie od pory roku. Jedyną niedogodnością jest to, że jest to również jedno z ulubionych miejsc spędzania czasu przez wielu Finów, więc w sezonie jest dosyć tłoczno.

5. Centrum nauki i rozrywki Heureka

A jeśli już mowa o spędzaniu czasu rodzinnie, to ostatnie z moich ulubionych miejsc będzie właśnie tego typu. Czas dla rodziny, który jednocześnie jest czasem nauki i zabawy. Położone w Vantaa, na północny wschód od Helsinek, centrum nauki i rozrywki Heureka to raj dla dużych i mniejszych. Co prawda wejście kosztuje i to nie mało, ale warto zapłacić i dać dziecku szansę zobaczenia i dotknięcia prawdziwej nauki. Doświadczenia fizyczne, mini laboratorium, szczury grające w koszykówkę, planetarium, kino w filmami Laboratoriumnaukowymi dla dzieci, no i wreszcie sezonowe wystawy, które przyciągają tłumy.

Centrum organizuje też przyjęcia urodzinowe dla dzieci, przychodzą całe wycieczki nie tylko ze szkół, ale także z przedszkola, żeby nauczyć się jak wygląda człowiek od środka, jak działa inteligentne miasto czy też (obecnie na tapecie) jak wydobywać złoto!

IglooDo tego dochodzą jeszcze sezonowe wystawy na zewnątrz, ogród ze wszystkimi skałami występującymi w Finlandii, czy z typologią roślin Linneusza, tajemniczy Park Galileusza dostępny tylko w tym sezonie… Choć wstęp kosztuje sporo, zwłaszcza jeśli idzie dwóch rodziców z jednym dzieckiem, to warto. Nie tylko dziecko spędzi tam cudownie czas, ale także geekowscy rodzice zginą na jakiś czas, budując igloo z klocków czy też strzelając do siebie powietrzną bazooką 😉

Tylko tyle, i aż tyle. Sama do końca nie byłam przekonana, czy uda mi się znaleźć aż 5 ulubionych miejsc w Finlandii, a okazuje się, że mam jeszcze pomysły na kilka innych. To bardzo cieszy, gdyż oznacza, że nie jest tu tak źle, jak mogłoby nam się wydawać 🙂 Jeśli szukacie czegoś w nieco innym stylu, polecam Rovaniemi z wioską Świętego Mikołaja i farmami reniferów, pomnik policjanta w Oulu, filia szwedzkiej kawiarni Johan och Nystrom nad morzem w Helsinkach, wyprawa promem do Tallina, dzień na wyspie Suomenlinna, albo wycieczka do jednego z wielu parków narodowych czy po prostu na łono natury. Dla każdego coś miłego 🙂

Ten projekt jest dedykowany Stowarzyszeniu Piękne Anioły.

Jeżeli spodobał Ci się mój post, możesz wesprzeć Fundację dowolną kwotą. Więcej informacji na naszym blogu: http://klubpolek.pl/?page_id=1702 

Wymyślić siebie na nowo

Z reguły długo przetrawiam niektóre zdania czy opinie. Czasem coś we mnie kiełkuje przez miesiące, czasem kilka dni, ale z reguły trochę to trwa. Kilka dni temu, nie pamiętam dokładnie ile, rozmawialiśmy z Mężem o przynależności do jakiegoś kościoła i niedzielnych wyprawach. Jako osoba mało wierząca, a na pewno wierząca w zupełnie inne rzeczy niż On, nie bardzo zastanawiałam się nad tym wcześniej, gdyż oczywiste jest dla mnie, że niedziele spędza się z rodziną i już. W Stanach nie jest już tak łatwo, podobno, i warto się gdzieś zapisać. I tak od słowa do słowa dyskutowaliśmy o naszych opcjach i wtedy Mąż powiedział właśnie zdanie które zapamiętałam jako myśl, że w nowym miejscu, tak daleko od wszystkiego co znamy i gdzie jesteśmy znani, możemy wymyślić siebie na nowo. Jesteśmy białymi tablicami (no, może jednak nieco zapisanymi, ale oni o tym nie wiedzą), na których możemy wszystko. Nigdy wcześniej nie myślałam o emigracji jako o całkiem nowym początku. Owszem, możliwość poznania nowego kraju, nowych ludzi, nowego jedzenia, to tak, ale nie jako całkowicie nowy początek wszystkiego. Tym razem jedziemy niemalże z bagażem podręcznym, więc faktycznie z mniejszym obciążeniem dotychczasowymi przedmiotami, może więc faktycznie warto przewietrzyć też głowę i zastanowić się, co dobrego możemy zabrać ze sobą emocjonalnie, a jakie sprawy zostawić na Starym Lądzie. Czy powinniśmy odciąć się całkowicie od przeszłości i myśleć tylko o tym, co będzie, czy też mimo wszystko pozostać tymi samymi ludźmi, tylko w innych okolicznościach i innej strefie czasowej? Czy da się być tą samą osobą po drugiej stronie oceanu? A może właśnie o to powinniśmy powalczyć, żeby nie zmienić się wraz ze zmianą krajobrazu, tylko pozostać wiernymi temu wszystkiemu, co do tej pory wypracowaliśmy? Wbrew pozorom odpowiedź nie jest prosta i myślę, że jeszcze dużo wody upłynie zanim ją poznam…

Życie na walizkach