Archiwa tagu: Klub Polki

Przyjaźń na emigracji?

Kolejny wpis w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Tym razem parę słów o przyjaźni.

Parę słów. To niedużo, ale też i nie za dużo jest do pisania. Kiedy prawie 12 lat temu wyjeżdżałam z kraju, miałam wielkie grono ludzi dookoła mnie. Nie przyjaciele, raczej znajomi. Bliscy znajomi. Wszystkim było smutno, a przynajmniej tak mówili. Wszyscy mnie odwiedzą, wszyscy będą czekać… Każdy, kto chociaż kilka miesięcy spędził poza swoją grupą zna to aż za dobrze. Z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, znajomych ubywało. Nie spodziewałam się cudów, w końcu nie byłam dzieckiem i już kilku znajomych dalszych i bliższych zdążyłam stracić. Ale nie spodziewałam się, że w ciągu roku czy dwóch, z grona kilkuset osób, z jakim miałam do czynienia w ciągu każdego miesiąca, zostanie garstka. A z tej garstki, w ciągu następnych kilku lat, zostaną dwie osoby, do której potem nagle dobije trzecia.

Dwie osoby. Dwie dziewczyny. Dwie istoty, które znam od początku podstawówki. I ta trzecia, którą ze sporą przerwą, znam od początku przedszkola. W sumie trzy. Aż trzy. I tylko mogę mieć nadzieję, że mniej już nie będzie. Widujemy się, gdy przyjeżdżam do Polski. Tylko. Nie dzwonimy, bo różnica czasu nieco to utrudnia. Ale wcześniej też raczej się spotykałyśmy niż dzwoniłyśmy. Za to one mają bazę na wakacje czy wyjazdy, a ja… a ja mam do kogo jechać do Polski, poza rodziną.

Z drugiej strony mam tylko je. Przyjaźń zagranicą w moim wydaniu nie istnieje. Znajomi, owszem, bywają. Ale nie ma przyjaźni. Wyjedziesz, poznasz studentów mówili… Taaaaak… Będziesz mieć dziecko, nawiążesz przyjaźnie z rodzicami… Taaaaaaaaak… No ale jakoś nie. Może za krótko siedzimy w jednym miejscu, może do złych krajów jeździmy. A może, w co bardziej wierzę, to z nami coś jest nie tak. Skoro żadne z naszej trójki nie ma przyjaciół, to chyba coś jest na rzeczy. Córka w szkole przez cały rok nie zawarła żadnej przyjaźni. Nie ma nikogo, kogo mogłaby lub chciałaby zaprosić w weekend do wspólnej zabawy. Pójść na urodziny do koleżanki czy kolegi, owszem, czemu nie. Ale zawsze z boku, zawsze sama. Znam to aż za dobrze, tak wygląda całe moje życie i bardzo mi jej żal, bo najprawdopodobniej tak będzie wyglądać jej. Życie introwertyka. Pomimo tego próbujemy. Szukamy. A nuż gdzieś tam czeka na nas jakaś rodzina, z którą uda nam się zaprzyjaźnić. Albo chociaż jej wycinek, żeby chociaż jej było łatwiej.  Żeby kiedyś w życiu znalazła choć jedną taką, jak ja mam dwie.

A jeśli nie, to może chociaż ja będę dla niej taką mamą, jak moja dla mnie. Może będzie wiedziała, że zawsze może na mnie liczyć, wbrew światu, który twierdzi, że rodzic nie powinien być przyjacielem. Właśnie, że powinien. Najlepszym. Takim, co rozumie, doradzi i przytuli. Albo chociaż odbierze telefon. I może będzie miała w życiu tyle szczęścia, co ja, i będzie miała przyjaciela za życiowego partnera. I tego jej życzę. A jak się nie uda, to przynajmniej będzie miała rodziców.

A ja? Zobaczymy w następnym miejscu. Może moja emigracyjna przyjaciółka mieszka gdzieś indziej, nie w Nashville. Może nawet nie w USA. Może jeszcze się gdzieś znajdziemy. A jak nie, to zawsze pozostają książki, internet i wspomnienia z młodości, kiedy to idąc ulicą „potykałam się” o znajomych co krok.

Reklamy

Do czego nie mogę się przyzwyczaić w Nashville

Biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich dni, cieszę się, że zdecydowaliśmy się nie przeprowadzać się do żadnej stolicy ani miejscowości strategicznej. Bo któż chciałby atakować Nashville? Chyba tylko ktoś, kto naprawdę nie lubi country i smażonego kurczaka. Może osobiście nie jestem wielką fanką country, może nie znam zbyt wielu artystów (zwłaszcza młodszych niż Dolly Parton i Willie Nelson, których mój Tato bardzo lubił), ale myślę, że z czasem polubię ją bardziej, bo to jednak bardzo duża część tutejszego życia, od celebrytów począwszy, przez ubrania, a na jedzeniu kończąc. Jednak jest kilka rzeczy, do których się jeszcze nie przyzwyczaiłam i nie wiem czy uda mi się to zrobić, mimo że mieszkam tu zaledwie kilka miesięcy. Rzeczy te dotyczą głównie Nashville i Tennessee, nie całych Stanów Zjednoczonych, co jest bardzo ważnym stwierdzeniem, gdyż tak jak Włoch różni się od stereotypowego Niemca czy Fina, tak człowiek z południa różni się od tych w północy, wschodu i zachodu.

Zacznijmy więc od najprostszego. System miar, wag, temperatur i tak dalej. Nie wiem ile czasu zajmie mi zrozumienie dlaczego Farenheit nie lubił ludzi i wymyślił takie dziwadło. Przeliczanie z C na F jest dla mnie czymś nieosiągalnym. Odejmij 30, podziel przez ileś tam, zaokrąglij i masz mniej więcej rozeznanie jak ciepło jest na dworze. Otóż nie. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Z takich obliczeń wychodzi mi jedynie, że jest albo super gorąco albo ekstremalnie zimno. Próbuję nauczyć się tego na pamięć, 100 F to temperatura człowieka, a 32 to zero, ale wszystko pośrodku to nie wiadomo co. O ile zapamiętałam już, że mając w domu klimatyzację, ustawiam ją pomiędzy 72 a 75 (po latach marznięcia, należy mi się odrobina ciepła), o tyle powiedzenie mi, że na dworze jest 55 stopni jest dla mnie tym samym, co próba tłumaczenia mi „dlaczego sztuka współczesna nas zachwyca”. Co wiąże się także z innymi miarami, gdyż przeliczanie z kg na lb, kubki, metry na cale, stopy itd., to istna mordęga. Doszłam do tego, że zapamiętałam swój wzrost, wagę, dane córki, żeby tylko nie musieć za każdym razem przeliczać ile tego jest i dlaczego. A i tak nadal ciężko mi zapamiętać ile cali wchodzi na stopę i jak dużego mieszkania szukam w stopach kwadratowych.

Udało mi się natomiast zrozumieć dlaczego w przepisach ilość masła podawana jest w łyżkach stołowych i wbrew pozorom ma to sens, ale tylko w USA. Otóż tutejsze masło do pieczenia jest nie tylko pakowane standardowo w papier i pudełko, ale ono jest przekrojone na 4 kawałki (sticks), każdy zawinięty w osobny papier z podziałką na 8 części, oznaczających właśnie te łyżki. Teraz już wiem, że jedna łyżka stołowa masła to w tutejszych warunkach jedna kosteczka, ale w Europie musiałabym już odpowiednio kroić całą kostkę, żeby wykroić odpowiednią ilość. Amerykanie chyba kochają matematykę, a do tego mi będzie się ciężko dostosować.

Inną rzeczą, która jest szalenie miła, ale dla kogoś, kto spędził ostatnie 10 lat na północy Europy nieco deprymujące, jest przyjazność i przyjacielskość ludzi. To niesamowite jak bardzo ci ludzie starają się pomóc, pocieszyć, choćby rzucić dobre słowo na dzień dobry, albo zwyczajnie się uśmiechnąć. Moją pierwszą reakcją na tego typu zachowanie była myśl „świr?!”, potem „brudna jestem??”, następnie „to mój sąsiad/roznosiciel gazet/nauczyciel ze szkoły/rodzic z klasy córki/ktoś z „kościoła”, a ja nie poznałam???”. Teraz już wiem, to po prostu człowiek, który akurat szedł tą samą ulicą w tym samym czasie co ja. Niesamowite, jak bardzo poprawia człowiekowi nastrój poranny uśmiech i pomachanie ręką przez bezdomnego, który próbuje sprzedać gazetę na rogu. Jak dziwnie człowiek się czuje, gdy obcy pyta „jak mi leci”, „czy wszystko w porządku”, „czy może jakoś pomóc”. I to się udziela. I to jest wspaniałe. Ale w dalszym ciągu mnie zaskakuje i chyba jeszcze długo nie przyzwyczaję się do tej ich radości, choćby była tylko na pozór.

Następny temat rzeka to rozmiar. To zapewne jest wspólne dla wielu stanów, ale tak czy inaczej jest dla mnie dziwne. Rozmiar jedzenia, rozmiar ubrań, rozmiar pomieszczeń, rozmiar samochodów, rozmiar wszystkiego. Obecnie wynajmujemy dom od profesora z Męża pracy. Dom jest wielki. Co prawda rodzina, która tu normalnie mieszka, liczy 5 osób, ale gdy kupowali była ich 4. A i to nie tłumaczy po co im 3 piętra! 3,5 łazienki (3 pełne i jeden kibelek z ubikacją) dla 5 osób. Kuchnia, jadalnia i salon wielkości dużego mieszkania w Polsce. W kuchni jest wyspa, której środka nie jestem w stanie sięgnąć ręką z żadnej strony, jeśli coś mi się potoczy to już tam leży dopóki nie wejdę na krzesło, żeby to jakoś sięgnąć… Jedzenie w restauracji to też walka z rozmiarem. Nic dziwnego, że Tennessee jest 4 pod względem otyłości mieszkańców w kraju, skoro porcja kurczaka na jedną osobę w restauracji to pół ptaka, a do tego jeszcze 2 lub 3 dodatki. A przystawka? Deser? Kubek smoothie w rozmiarze dziecięcym to 12 oz, czyli (tu sprawdzam w Internecie) prawie 355 ml. Półtorej szklanki! Dorosły w tym czasie dostaje co najmniej 20 oz, czyli prawie 600 ml! I to jest mały napój! Mój żołądek tyle nie mieści. Pizza średnicy koła młyńskiego to też standard. Zamawiam więc pół porcji, albo dziecięcą, albo zamawiamy dwie porcje na 3 osoby. Można by zlikwidować głód na świecie, wyłącznie obcinając porcje jedzone tutaj. A skoro już rozmiar, to ubrania. Jeśli ktoś zje tyle jedzenia, to potem musi się w coś zmieścić. Tu akurat radość moja jest niesamowita, gdyż zeszłam ze swojego rozmiaru europejskiego o co najmniej dwa! Co prawda tylko w nazwie, ale zawsze to dużo lepiej brzmi, gdy ktoś pyta o rozmiar koszulki 😉

A skoro już o jedzeniu mowa… Herbata! No nie dam rady się przyzwyczaić do zimnej, słodkiej herbaty. Herbaty powinno być dużo, tu się zgadzam z tubylcami. Ale nie z lodem i nie z cukrem! Nawet nie ze słodzikiem, stevią, xylitolem czy co oni jeszcze do tego dorzucają. Nie, po prostu nie. O ile mogę zrozumieć potrzebę picia zimnej herbaty latem, o tyle jesienią to już przesada, a strach pomyśleć o zimie. Ale ten cukier! Cukier we wszystkim! Jak nie cukier to słodzik, jak nie słodzik, to naturalny produkt słodzący, melasa, miód, słód, jakieś brązowe paciaje, cuuuukieeeer! Dlatego pamiętaj turysto, jeśli nie chcesz pić lodowatej herbaty ze skandaliczną ilością cukru, poproś o wodę. Wodę bez lodu. Wyjdziesz na dziwaka, ale za to nie wykręci Cię od słodkości i nie zamrozi od środka. A jak chcesz dostać normalnej, gorącej, mocnej, czarnej herbaty w Nashvillu, to przyjdź do nas 😉

Temat piąty, który ciężko mi ująć jednym hasłem. Chodzi mi o to, ile się tu dzieje. Po 2 latach w Finlandii, gdzie nasze plany weekendowe ograniczały się do sprawdzenia czy w ogóle coś się dzieje w mieście, tutaj moje plany na weekend z reguły stanowią wyzwanie w drugą stronę. No bo jeśli w tym samym czasie są targi żywności regionalnej, na których można spróbować produktów z okolicznych farm, znajomi zaprosili nas na grilla czy basen, obiecałam córce wypad do sali zabaw, a jeszcze muszę zrobić zakupy, bo w lodówce prawie pusto (poza kilkulitrowym słojem majonezu, 3,5 litrową butlą mleka i dynią, z którą nie wiem co zrobić). Nie wspominam tu oczywiście o sprawach naturalnych jak pięć koncertów supergwiazd, 30 koncertów mniej znanych gwiazd, 120 koncertów debiutantów oraz koncercie znajomego, na który zaprosił nas kilka miesięcy wcześniej. Kino? Teatr? Przyjęcie? Noc strachów w muzeum?  A może po prostu wpadniecie do nas? Albo uda mi się wreszcie pojechać i kupić córce koszulki z długim rękawem albo sweter, bo temperatura jednak nieco spadła w ostatnich dniach, do szalonych 60 F (co po konsultacji z Internetem należy rozumieć jako 15 C).

Jako ostatnie wymienię rzecz bardzo nie poprawną politycznie. A mianowicie nie przyzwyczaję się chyba do roszczeniowości części społeczeństwa. Nie chcę pisać, że chodzi mi o wszystkich Amerykanów afrykańskiego pochodzenia, ale spora większość z tych, z którymi się spotkałam w urzędach po prostu żąda. I swoje żądania opiera wyłącznie na wizji, że skoro jego praprzodek został zmuszony, żeby tu przyjechać, to jemu się należy. Nie przyzwyczaję się, nie ma szans. Jest to dla mnie nie do pojęcia jak bardzo można się czegoś domagać i jak bardzo biali ludzie ustępują w tej kwestii. Żadna inna nacja, żadni inni emigranci, nie domagają się tak, jak to robią Murzyni jako grupa. Znam kilkoro ciemnoskórych, którzy są bardzo mili, bardzo przyjaźni, ale jako grupa lub gdy wydaje im się, że czegoś nie dostali, to w temat wtrącany jest kolor skóry, rasizm i nietolerancyjność. Czasami mam wrażenie, że to biali są tutaj traktowani rasistowsko przez Murzynów. To jest wielki problem tutaj, który zdaje się być zamiatany pod dywan, żeby tylko wydawało się, że jest dobrze.

Na pewno jest jeszcze wiele rzeczy, do których wydaje mi się, że się nie przyzwyczaję. Na pewno jeszcze nie raz pomyślę „u nas było inaczej”. Na pewno jeszcze tysiąc razy stwierdzę, że w urzędach pracują same matołki, a imigranci mają tu przechlapane. Ale na pewno nie powiem, że to kraj bez możliwości, kraj smutnych ludzi, kraj w którym tylko ciągle są strzelaniny i ludzie giną. Bo ludzie tutaj są przyjaźni. I te dzieciaki, które rzucają się w ramiona nauczycieli, bo mogą, bo im ufają, bo nauczyciel czy ktokolwiek w szkole jest dla nich dobry. I te maluchy, które podchodzą w parku i zagadują. I te starsze dzieciaki, które pytają skąd jestem, bo mam fajny akcent. I dorośli, którzy przyjęli nas z otwartymi ramionami, obwozili po sklepach, gdy nie mieliśmy jeszcze samochodu, pokazywali nam co i gdzie zjeść, za ile kupić, co warto a czego nie. Ludzie południa to skarb, cokolwiek powiedzą ludzie z innych rejonów 😉

 

 

Ten tekst powstał w ramach jesiennego projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Dedykujemy go akcji „AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM” – Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Na chwilę obecną brakuje 35 tys. Jeśli podoba Ci się nasz projekt, bardzo prosimy o wsparcie akcji dowolną kwotą. Więcej informacji: https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

TOP 5 ukochanych miejsc w Finlandii

Poniższy wpis powstał w ramach majowego projektu Klubu Polki na Obczyźnie

Na hasło „Finlandia” wszyscy jednym głosem odpowiadają czystość, spokój, przyroda. I mają rację, bo w sumie to są elementy, które ten kraj promuje. Oczywiście, są jeszcze Angry Birds i Nokia, a ostatnio Microsoft i gry na smartfony, ale poza tym to właśnie cisza i przyroda wybijają się na pierwsze miejsca. Dziś chciałam pokazać miejsca, które według mnie są fińskie i które dla mnie są miejscami odpoczynku. Wbrew pozorom nie będzie o saunie, której w dalszym ciągu nie lubię czy o zimowych nartach biegowych i letnich kijkach, które mimo najszczerszych chęci nie zostały moimi sportami. Dziś będzie o pięciu miejscach, które uważam za moje ulubione. Nie ukochane, bo takich nie mam, ale takie, do których wracam, czy to myślami czy fizycznie. 

1. Turku (po szwedzku Åbo)

Miasto w południowo-zachodniej części kraju i dawna stolica Finlandii. Moim zdaniem najpiękniejsze i najbardziej wyluzowane miasto, taki tutejszy Kraków.Katedra w Turku

Jest piękna katedra, zamek, kilka uniwersytetów (w tym jedyny w kraju szwedzkojęzyczny) i wiele atrakcji turystycznych, i całorocznych, i sezonowych, jak Targ Świąteczny czy Średniowieczny, które łatwo znaleźć w każdym przewodniku.

Dla mnie Turku, czy też Åbo, to przede wszystkim mój pierwszy zagraniczny dom. To miejsce, gdzie zamieszkałam z obecnym Mężem po raz pierwszy, to dom, do którego przyszła nasza kocica, to region, w którym uczyłam się co to znaczy być obcym. Turku Pierwsze samodzielne kupowanie choinki na Święta po 2 tygodniach nauki języka, pierwsze wypady do sklepu i literowanie nazw, które nic mi nie mówiły, pierwsze dni samotności, kiedy to okazało się, że nie jest łatwo znaleźć nowych znajomych wśród Finów.

Obecnie jeździmy tam sporadycznie, gdyż to jest jednak 160 km od naszego domu, ale jest świetnym miejscem kontaktowym ze Szwecją oraz innymi pięknymi miejscami.

A skoro o kontakcie ze Szwecją mowa…

2. Viking Line

Mówiąc o moich ulubionych miejscach, i zapewne wielu tubylców powie to samo, nie sposób nie powiedzieć o promach kursujących między Finlandią i Szwecją. Są dwie linie, ale ja korzystam tylko z jednej, z Wikinga. O co chodzi? O prom, który dwa razy dziennie odpływa z Helsinek (drugi jest z Turku) do Sztokholmu, przez Wyspy Alandzkie (o których za chwilę) i z powrotem. szwecja_547892489_o

Z Turku jeden prom odpływa rano, wieczorem jest w Szwecji na kilka chwil i wraca tą samą drogą do Helsinek, żeby rano wysadzić pasażerów. Z Helsinek prom odpływa wieczorem, rano wysadza pasażerów na cały dzień i wieczorem wraca do domu, żeby rano być w Helsinkach.

w-drodze-do-nowego-domku_9508991760_oZainteresowanie promami jest wielkie, gdyż jest to pływający sklep wolnocłowy, na którym można kupić tani alkohol i papierosy (akurat to nas nie bawi), wytańczyć się w nocnych klubach na pokładach, wybawić dziecko na placu zabaw oraz w miarę tanio najeść się typowych potraw na bufecie (i o to chodzi!). Do tego można pojechać do Sztokholmu czy do Mariehamn na zakupy, odpoczynek itd. Najpopularniejsze wycieczki są oczywiście w weekendy, w piątek czy sobotę wsiada się na prom, spędza dzień w Sztokholmie i wraca na poniedziałek do domu. Ale także w trakcie tygodnia prom nie świeci pustkami, gdyż jest to jedna z ulubionych rozrywek emerytów. Czy wspominałam o jednorękich bandytach i kasynie na pokładzie? Starsi ludzie potrafią godzinami tkwić przy maszynach i grać. To jeden z tych nałogów, których bardzo łatwo nabawić się w tym kraju. A i nie bez znaczenia jest sklep na promie. Wielki jak supermarket sklep wolnocłowy, w którym kupuje się rzeczy na handel albo do domowego użytku. Alkohol za niemal połowę ceny to coś na czym można nieźle zarobić w tym kraju. A wszystko dzięki Wyspom Alandzkim, czyli Archipelagowi…

3. Archipelag (zwany też Morzem Archipelagowym, fin. Saaristomeri , szw. Skärgårdshavet) i Wyspy Alandzkie (fin. Ahvenanmaa, szw. Åland )

W okolicach dawnej stolicy oraz pomiędzy Turku a Sztokholmem rozciąga się sieć wysepek. To Archipelag, ponoć największe na świecie skupisko wysp, jeśli chodzi o ich ilość. Grecja ma swoje wyspy, Brytania ma swoje, Finlandia ma też swoje. Archipelag jest jednak inny. Po pierwsze są to wyspy autonomiczne, należące do Wysp Alandzkich. Mimo tego, że przypisane do Finlandii, ale mówi się tam po szwedzku, nie ma obowiązku wojskowego, ludzie płacą inne podatki… Jest to jakby państwo w państwie. Ich historia jest fascynująca, ale skoro łatwo można ją znaleźć choćby w Wikipedii, to nie będę jej tutaj przytaczać.

szwecja_547859175_o szwecja_547858885_oZa co je lubię? Za ich dzikie piękno. Malutkie (i nieco większe) wyspy, z pojedynczymi domkami, na które dopłynąć można tylko łódką. Do większych kursują promy, na nielicznych są sklepy czy szkoły, ale większość jest albo niezamieszkana, albo czasowo zamieszkana, albo mieści się tam jedna czy dwie rodziny. Świat w miniaturce, cisza, spokój… Ciężko co prawda mówić o dzikiej naturze, skoro całą wyspę można obejść w kilka minut, dobrze jest jak na tej granitowej skale rośnie drzewo albo trawa, ale za to jest nieograniczony dostęp do wody, świeże powietrze, ryb pod dostatkiem (jeśli się łowi) i ten wszechogarniający spokój. Jak dla mnie to jest właśnie kwintesencja fińskości.

4. Jezioro Bodom (fin. Bodominjärvi, szw. Bodom träsk)

A skoro o wodzie mowa, to może czas wrócić do Helsinek, a właściwie do Espoo, i wspomnieć o miejscu, w którym spędzamy nieco czasu „na łonie natury”. SONY DSC Jezioro Bodom, szerokie na kilometr, długie na około trzy, przez niektórych zaliczany do terenu Parku Narodowego Nuuksio (szw. Noux). SONY DSCWiększość ludzi kojarzy to miejsce głównie ze słynnym morderstwem młodych ludzi z 1960, dla mnie jest to przede wszystkim piaszczysta plaża z dostępem do ciepłej wody w jeziorze, dużym placem zabaw dla córki, restauracją dla leniwych i miejscem do grillowania dla bardziej ambitnych, terenami do grania w piłkę czy też szlakami do jazdy na biegówkach, czyli miejscem gdzie możemy podjechać i spędzić kilka godzin na świeżym powietrzu niezależnie od pory roku. Jedyną niedogodnością jest to, że jest to również jedno z ulubionych miejsc spędzania czasu przez wielu Finów, więc w sezonie jest dosyć tłoczno.

5. Centrum nauki i rozrywki Heureka

A jeśli już mowa o spędzaniu czasu rodzinnie, to ostatnie z moich ulubionych miejsc będzie właśnie tego typu. Czas dla rodziny, który jednocześnie jest czasem nauki i zabawy. Położone w Vantaa, na północny wschód od Helsinek, centrum nauki i rozrywki Heureka to raj dla dużych i mniejszych. Co prawda wejście kosztuje i to nie mało, ale warto zapłacić i dać dziecku szansę zobaczenia i dotknięcia prawdziwej nauki. Doświadczenia fizyczne, mini laboratorium, szczury grające w koszykówkę, planetarium, kino w filmami Laboratoriumnaukowymi dla dzieci, no i wreszcie sezonowe wystawy, które przyciągają tłumy.

Centrum organizuje też przyjęcia urodzinowe dla dzieci, przychodzą całe wycieczki nie tylko ze szkół, ale także z przedszkola, żeby nauczyć się jak wygląda człowiek od środka, jak działa inteligentne miasto czy też (obecnie na tapecie) jak wydobywać złoto!

IglooDo tego dochodzą jeszcze sezonowe wystawy na zewnątrz, ogród ze wszystkimi skałami występującymi w Finlandii, czy z typologią roślin Linneusza, tajemniczy Park Galileusza dostępny tylko w tym sezonie… Choć wstęp kosztuje sporo, zwłaszcza jeśli idzie dwóch rodziców z jednym dzieckiem, to warto. Nie tylko dziecko spędzi tam cudownie czas, ale także geekowscy rodzice zginą na jakiś czas, budując igloo z klocków czy też strzelając do siebie powietrzną bazooką 😉

Tylko tyle, i aż tyle. Sama do końca nie byłam przekonana, czy uda mi się znaleźć aż 5 ulubionych miejsc w Finlandii, a okazuje się, że mam jeszcze pomysły na kilka innych. To bardzo cieszy, gdyż oznacza, że nie jest tu tak źle, jak mogłoby nam się wydawać 🙂 Jeśli szukacie czegoś w nieco innym stylu, polecam Rovaniemi z wioską Świętego Mikołaja i farmami reniferów, pomnik policjanta w Oulu, filia szwedzkiej kawiarni Johan och Nystrom nad morzem w Helsinkach, wyprawa promem do Tallina, dzień na wyspie Suomenlinna, albo wycieczka do jednego z wielu parków narodowych czy po prostu na łono natury. Dla każdego coś miłego 🙂

Ten projekt jest dedykowany Stowarzyszeniu Piękne Anioły.

Jeżeli spodobał Ci się mój post, możesz wesprzeć Fundację dowolną kwotą. Więcej informacji na naszym blogu: http://klubpolek.pl/?page_id=1702 

Przynależność

Każdy w życiu czuje czasem potrzebę przynależności do czegoś. W dzieciństwie i młodości (w sumie to do mniej więcej 25 roku życia) należałam do harcerstwa. Z tego się nie wyrasta, wiem. Raz harcerzem, na zawsze harcerzem. A zwłaszcza wodniakiem, zwanym moczydupkiem 😉 Miłość do wody i łódek tkwi we mnie i chyba nigdy nie zaniknie.

Ale dzisiaj nie chcę pisać o mojej mokrej miłości. Dziś krótko o innej przynależności, która dopiero się pojawiła w moim życiu. Czyli o odkryciu Klubu Polki na Obczyźnie. Pewnie wszyscy o tym wiedzą, wszyscy już dawno się zapisali itd, a ja jak zawsze dowiaduję się na końcu. Ale lepiej późno niż nigdy, Tak więc przyłączyłam się do grupy wspaniałych dziewczyn i jednego rodzynka, którzy piszą o swoich doświadczeniach poza granicami Polski. Mam nadzieję, że uda mi się czasem coś sensownego napisać, coś co będzie odpowiadało ich poziomowi, a jak nie, to najwyżej mnie usuną 😉

Tak czy inaczej warto poczytać co inni mają do powiedzenia o ich krajach, poznać nowe miejsca i nowych ludzi, a przy okazji poczytać o moim ukochanym Sztokholmie na blogach dziewczyn, które mają szczęście tam mieszkać. Ja czasem dorzucę coś od siebie o Espoo, potem o Nashville, a w przyszłości o następnych lokalizacjach. Bo coś mi mówi, że długo nasze pupy nie usiedzą w jednym miejscu… 😉 Choć kto wie,  może się mylę?

(A na żagle jeszcze kiedyś pojadę! I zaszczepię bakcyla Córce, ona też kocha wodę :-))